W czasach PRL-u telefon był towarem deficytowym. Trzeba było mieć nie lada znajomości, żeby mieć w domu telefon. Niektórzy czekali w kolejce na wymarzony aparat nawet 15 czy 20 lat.

Rozmowy międzynarodowe, szczególnie z abonentem zza oceanu były nie tylko kosztowne; na połączenie można było czekać nawet kilka dni. Niektórzy – za dużo wyższą opłatą – zamawiali rozmowę pilną czy błyskawiczną, ale i takie rozwiązanie nie zawsze skracało czas oczekiwania na połączenie.

- W latach 80. na rozmowę z rodziną w Montrealu czekałam 3 dni – wspomina Danuta Ślusarczyk z Hrubieszowa. – Było to przed świętami, zresztą telefonistka uprzedziła mnie, że będzie to długo trwać.

Nieco inaczej funkcjonowały łącza wojskowe. Po wybraniu (wykręceniu) numeru centrali, abonent nie podawał miejscowości lecz specjalny kryptonim miasta i numer telefonu. I tak, prośba o połączenie z „Syreną” oznaczało abonenta w Warszawie. Lublin nosił kryptonim „Baszta”.

Zdarzało się, że w bloku jedynie w jednym mieszkaniu był telefon. Jego właściciele, po początkowej euforii z jego posiadania, mieli wkrótce wielu chętnych sąsiadów do grzecznościowego skorzystania z niego.

Rozwiązaniem były automaty telefoniczne, do których wrzucano monety, żetony lub – znacznie później – używano specjalnych kart magnetycznych. Charakterystyczne budki, który po raz pierwszy pojawiły się pod koniec lat 50. były z czasem zastępowane przez automaty osłonięte przed deszczem jedynie daszkiem.

Aparaty telefoniczne były produkowane w czasach PRL-u w jednej firmie – Radomskiej Wytwórni Telekomunikacyjnej. Co ciekawe, poszczególne modele miały nazwy pochodzące od kwiatków, jak np. Tulipan czy Bratek.

 

Według ówczesnych danych, każdy automat w latach 80. był w ciągu roku pięciokrotnie dewastowany, a blisko czterysta aparatów ginęło

 

W większych miastach, w budkach leżały książki telefoniczne przyczepione sznurkiem, potem łańcuchem, ale szybko zniknęły.

- To była plaga – mówi pan Jacek z Lublina. – Czasami trzeba było obejść pół miasta, żeby znaleźć sprawny telefon. Najczęściej albo brakowało słuchawki, albo nie było sygnału. Wiele z nich „połykało” też monety.

Pod koniec lat 80. głośno było o pewnej kradzieży na lubelskim Węglinie, gdzie sprawcy skradli ze ściany automat razem z tzw. półkabiną. Okazało się, że telefon miał być imieninowym prezentem dla kolegi, który od lat czekał na własny aparat. Wpadli, bo akurat zauważył ich milicyjny patrol.

Co ciekawe, spis abonentów w książce telefonicznej zawierał nie tylko pełne dane, czyli imię, nazwisko, adres, ale również (dla chętnych) tytuł naukowy czy nawet wykonywany zawód. Przy niektórych nazwiskach można było przeczytać „adwokat”, „lekarz” czy „nauczyciel akad.” Nikt wówczas nie słyszał jeszcze o RODO.

Nie brakowało również pomysłów na bezpłatne dzwonienie z automatów publicznych. W tym celu pojawiły się m.in. monety na sznurku, które można było wielokrotnie używać. Niektórzy wrzucali do automatu nawet blaszki, druciki, próbowano również z monetami innych państw.

Chętnych do korzystania z automatów było tak wielu, szczególnie przed świętami, że ustawiały się przed nimi długie kolejki .Dużym powodzeniem cieszyły się także automaty w miejscowościach wypoczynkowych. Takim miejscem była m.in. poczta w Kazimierzu Dolnym, gdzie w sezonie niektórzy turyści stali w kolejce nawet kilka godzin. Ci, którzy czekali zbyt długo, niecierpliwili się i często poganiali dzwoniących wymownie patrząc na zegarek.

Z telefonów można też było korzystać na każdej poczcie. Kabiny, w których były zamontowane, nie zapewniały jednak intymności i często tłum ludzi oczekujący na zamówione połączenie dokładnie słyszał przebieg rozmowy. Działo się to szczególnie w przypadku, kiedy jakość połączenia była kiepskiej jakości. Rozmówca musiał wtedy głośno krzyczeć do słuchawki i wtedy już każdy na poczcie wiedział na co chory jest wujek Mietek, czy też ile pieniędzy na samochód chce ktoś pożyczyć od cioci. Takie rozmowy były też czasami przerywane wskutek złej jakości łączy. Zdarzało się, że wówczas pomagało energiczne uderzenie pięścią w automat. Bywało, że w rozmowie pomagała sama telefonistka. Przy kiepskiej jakości połączenia, można było usłyszeć w słuchawce: „niech pan nie haluje. Pan powie o co chodzi, a ja powtórzę”

Przez wiele lat można było korzystać z usługi „rozmowy z przywołaniem”. Poczta powiadamiała abonenta, który nie miał swojego telefonu, że tego i tego dnia będzie do niego ktoś dzwonił. Z podaniem konkretnej godziny. Rozmówca musiał się wtedy pofatygować o określonej porze na pocztę lub np. do wiejskiej klubokawiarni.

Większość prywatnych rozmów Polacy wykonywali w pracy – ze służbowych telefonów. To tez nie było takie łatwe, ponieważ wiele z nich miało zablokowane wyjścia na połączenia międzymiastowe. Ale jak się dobrze żyło z sekretarką dyrektora, to i taką przeszkodę dało się przeskoczyć.

 

Nic tak wtedy nie wkurzało, jak wtrącanie się telefonistki do rozmowy z pytaniem „Halo, mówi się?”

 

Wyjazd na urlop czy wakacje oznaczał często brak lub bardzo rzadki kontakt z rodziną. Nie było też w zwyczaju codzienne wydzwanianie do domu. Ci, którzy byli za granicą, zazwyczaj do rodziny w ogóle nie dzwonili. W razie wypadku, choroby czy też innych ważnych zdarzeń, w radio można było usłyszeć lakoniczne komunikaty, że „obywatel x czy y, który przebywa tu i tu, proszony jest o pilny kontakt z rodziną”.

Przez wiele lat w ogłoszeniach prasowych podawany był tzw. telefon grzecznościowy. Podawali go zazwyczaj ci, którzy nie posiadali swojego telefonu i korzystali z uprzejmości sąsiadów czy znajomych.

18 czerwca 1992 r. uruchomiono w Polsce telefonię komórkową, a budki telefoniczne powoli zaczęły przechodzić do lamusa.

Po 1989 r. poczta powoli przymierzała się do likwidacji niektórych usług, jak np. telegraficznych, a poczta elektroniczna zaczęła zastępować listy, druki i pisma. Dziś listonosze coraz rzadziej wypłacają też swoim klientom pieniądze. Zastąpiła to bankowość elektroniczna. Nie ma już również ogólnodostępnych automatów telefonicznych, których właścicielem była firma Orange. Ostatnie egzemplarze trafiły na złom; wiele z nich odkupili pasjonaci telefonów.

 

Bajka na telefon

W czasie PRL-u funkcjonowały automatyczne połączenia, pod którymi można było dowiedzieć się m.in. o dokładny czas (zegarynka – nr 926), wysłuchać bajki (928) horoskopu, dowiedzieć się szczegółów pogodowych (921), repertuar kin czy wyniki gier liczbowych.

 

Telefony w liczbach

W 1987 roku w Polsce przypadało 12,2 aparatu telefonicznego na 100 mieszkańców, gdy średnia dla Europy wynosiła 40. Co trzydzieste gospodarstwo domowe miało telefon. Około 30 tys. abonentów nie mogło korzystać z telefonów całodobowo z powodu ręcznie obsługiwanych central. Obywatel PRL czekał na telefon średnio 10 – 12 lat.

 

 

 

 

Tagi:

prl,  telefon, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz
// }) // }) // }) // }) // }) // })