Był niezwykle barwną postacią. Urodził się w 1899 r. na terenie dzisiejszej Ukrainy. Po ukończeniu studiów w 1925 r. otrzymał tytuł inżyniera geodety. Dwa lata później – w 1927 r. -  kupił od Pauliny Zieleniewskiej zamek w Janowcu.

- Zieleniewska była właścicielką dóbr w Wielkopolsce i rzadko bywała w Janowcu – wyjaśnia Robert Och, znany puławski historyk i regionalista. -  Zamek, a w zasadzie jego ruiny wyceniła na 5 tys. zł. Kozłowski miał to spłacić w dziesięciu, równych ratach po 500 zł rocznie.  

Kozłowski znał doskonale janowiecki zamek, jak i okolice. Kiedyś często tu przyjeżdżał z pobliskich Oblasów jako delegat Banku Rolnego w Kielcach. Po zakupie nieruchomości miał ambitne plany: chciał częściowo odbudować zamek. Remont przebiegał jednak bardzo powoli. Wprawdzie otrzymywał niewielką pomoc  finansową z Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, ale była to jedynie kropla w morzu potrzeb. Renowacja była bardzo kosztowna, na co Kozłowskiego nie było po prostu stać.

W pracach renowacyjnych pomagali mu m.in. znajomi, którzy byli wówczas zatrudnieni na Wawelu. Dzięki nim trafił do pracowni mebli, gdzie zamówił antyczne krzesła do jednej z komnat zamku.

 

Sam również zakasał rękawy i przystąpił do odbudowy pomieszczeń

 

Dzięki jego pracy i uporowi udało mu się odnowić dwa pomieszczenia w zamku z zachowanymi freskami; ułożył także drewnianą posadzkę (z czarnego dębu), która już wcześniej była na zamku.

- Wszyscy uważali go za niezwykle barwną postać – dodaje Robert Och. – Po wyremontowaniu dwóch pomieszczeń na piętrze zamku, Kozłowski tam zamieszkał. Po jakimś czasie zawaliły się schody prowadzące do jego „mieszkania”. On się tym jednak nie przejął. Wchodził na górę po kupie gruzu, który leżał na dziedzińcu. Było tego tak dużo, że sięgał pierwszego piętra.

Kozłowski zamieszkał w jednym pomieszczeniu, a w drugim zaczął urządzać muzeum.

On sam używał tytułu książęcego. Tłumaczył, że ma do tego prawo, ponieważ jego matka pochodziła z rodu Firlejów. Ten tytuł przylgnął do niego i wszyscy nazywali go „panem księcio”.

Właściciel zamku mieszkał w Janowcu początkowo sam, potem z żoną i córką, chociaż trudno było mówić o komfortowych warunkach, które zazwyczaj powinny kojarzyć się z zamkiem: nie było bieżącej wody ani sanitariatów. Wodę dowożono beczkami wozem konnym.

Zamek natomiast był chętnie odwiedzany przez gości. Kozłowski założył nawet księgę, w której się wpisywali. Można w niej było przeczytać m.in. taki zabawny wpis:

„ Chodzę za przewodnikiem jak owca, żeby zobaczyć ruiny Janowca”

 

Sam zamek krył w sobie wiele tajemnic, które ściągały w to miejsce ciekawskich

 

 Wewnątrz dziedzińca znajdowały się ruiny kaplicy z zachowanymi freskami. Wgłębienie pośrodku było zasypaną studnią, która miała być połączona z Wisłą. I podobno jak się do tej studni wpuściło kaczkę, to wypływała właśnie w nurcie Wisły.

Kozłowski zrekonstruował także most zwodzony na fosie, który dodawał uroku temu miejscu. Na baszcie wieszał flagę z rodowym herbem. Jeśli jej nie było – to był znak, że gospodarza nie ma w zamku.

- Ze wspomnianą studnią wiąże się inna historia – dodaje Robert Och. – Według znalezionych dokumentów, pod studnią miał się znajdować ukryty skarb. Na jego trop wpadł przypadkowo szewc pochodzący z tych okolic.

O skarbie zrobiło się na tyle głośno, że wkrótce powołano specjalne konsorcjum, w skład którego wchodziły m.in. znane osobistości ze świata polityki i kultury. Robotnicy ręcznie odkopywali teren dookoła studni. Cały Janowiec w napięciu obserwował prace poszukiwawcze. Wieść o rzekomym skarbie szybko rozeszła się po okolicy. Konsorcjum płaciło dniówkę Kozłowskiemu (20 zł), żeby podczas tych prac nie wyjeżdżał z zamku. Wcześniej zawarli nawet umowę, jaka część skarbu ma przypaść właścicielowi zamku. W planach było także nakręcenie filmu o poszukiwaniach, które zakończyły się ostatecznie fiaskiem. Skarbu nie odnaleziono, skończyły się też pieniądze na dalsze prace i ostatecznie konsorcjum rozwiązano. Studnia przez długi jeszcze czas była główną atrakcją zamku.

   Kozłowskim udało się przetrwać wojnę. Na zamek nie wrócił. Zamieszkał w Puławach. Wtedy też powstała legenda o Czarnej Damie, która miała straszyć na zamku.  Wymyślił ją sam Kozłowski.

W tym samym czasie właściciel zamku ustawił na baszcie rzeźbę Tadeusza Kościuszki. Wykonał ją Henryk Węgorek pochodzący z Kazimierza. Władzy ludowej rzeźba była solą w oku. Powód był bardzo prosty:

- Kościuszko trzymał w ręku miecz skierowany w kierunku wschodnim – wyjaśnia Robert Och. – To był dostateczny powód, żeby kazać usunąć rzeźbę. Ta przy demontażu pękła na pół.

Leon Kozłowski miał jeszcze inną pasję: winnice. Będąc wcześniej we Francji i Argentynie podpatrzył, jak funkcjonują tamtejsze winnice i po powrocie, na janowieckich zboczach założył własną winnicę i próbował produkować wino. Było to imponujące przedsięwzięcie. Na wielohektarowej plantacji zasadził ok. 10 tys. krzewów winorośli.

Na zamku zbudował także niewielką kapliczkę. Ogłosił, że jest to cudowne miejsce.

Zmarł w 1977 r. w Puławach, ale został pochowany w Janowcu. Trzy lata przed swoją śmiercią sprzedał zamek państwu. Koszty utrzymania były coraz większe, a on sam coraz starszy i nie miał już sił na zajmowanie się zabytkową nieruchomością.

Przeszedł do historii jako – prawdopodobnie jedyny – powojenny, prywatny właściciel zamku. Było to możliwe dzięki temu, że 19-hektarowa posiadłość nie podlegała wtedy reformie rolnej. Poza tym należy mu się wielki szacunek za to, że każdą swoją złotówkę przeznaczał na ratowanie zamku. Dzięki niemu i zamek i legenda o nim przetrwała do dziś.   

 

 

 

 

 

Tagi:

historia,  zamek,  janowiec, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz
// }) // }) // }) // }) // }) // })