Partner: Logo FacetXL.pl
Podobne artykuły:

Plan niecodziennej ucieczki przygotowali członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej. W celach znajdowało się ich dwudziestu jeden towarzyszy, których chcieli uratować od niechybnej śmierci (dziewięciu z nich groził najwyższy wymiar kary) lub długoletniej katorgi. Wydanie na nich wyroków było jedynie kwestią czasu, dlatego spiskowcy musieli działać szybko i skutecznie. Wyznaczono datę ucieczki: 26 maja, w niedzielę, kiedy więźniowe mogli dłużej przebywać poza celami. Był jeszcze inny, ważny powód, że wybrano akurat ten dzień: za dwa dni od planowanej akcji więźniowie polityczni mieli być przewiezieni do warszawskiej Cytadeli, skąd trudniej byłoby zorganizować ucieczkę.

 

Ówczesne cele znajdowały się w zamkowej baszcie, zwanej przez więźniów Baśką

Plan ucieczki przytowali członkiwie Polskiej Partii Socjalistycznej

 

Na samej górze byli osadzeni więźniowie polityczni, a na niższej kondygnacji – pospolici przestępcy. Najważniejsza cela - z punktu widzenia uciekinierów - znajdowała się na parterze, gdzie był zamontowany właz do kanału kloacznego, który łączył się z kanałem ściekowym prowadzącym ku Bystrzycy. To tędy można było wydostać się na wolność. Taki był plan przygotowywany od dwóch miesięcy – z wykorzystaniem właśnie tego kanału, który ciągnął się pod łąkami na Tatarach – części Lublina przylegającej do zamku.

Spiskowcom udało się już wcześniej przekupić jednego ze strażników. Dawali mu pięć rubli na wódkę i kiełbasę, którą miał im kupić na mieście. Resztę pieniędzy miał mieć dla siebie. Tego dnia zrobili podobnie. Dali mu dziesięć rubli na zakupy. Ten, niczego nie podejrzewając, opuścił swój posterunek. I o to chodziło, gdyż przekupny strażnik pilnował zazwyczaj celi, w której znajdował się właz.

W dniu ucieczki na zamkowym dziedzińcu przebywało o wiele więcej więźniów, niż pozwalały na to przepisy. Panował rozgardiasz, a więźniowie swobodnie przemieszczali się z celi do celi. Specjalnie zagadywali strażników, częstowali ich papierosami, chcąc odwrócić ich uwagę. Udało się.

Jako  pierwsi uciekli dwaj skazańcy (15- i 18-letni), którzy odsiadywali wyroki za napady na stacje kolejowe w Dorohusku i Uhrusku. Mieli już przygotowany klucz do włazu. Bez problemu otworzyli kłódkę. Właz otwierano jedynie wtedy, kiedy wlewano do niego nieczystości.

 

Z dostarczonymi sznurami i latarkami uciekinierzy weszli do dołu kloacznego

Więzienne cele znajdowały się w baszcie

 

 Jak się okazało, prowadził on do studni na zamkowym wzgórzu. Już na samym początku natrafili na duży problem. Okazało się, że dół kończył się mniej więcej w połowie głębokości studni. Nie prowadził do niej bezpośrednio. Żeby przebyć dalszą drogę, należało skoczyć z wysokości ok. jednego piętra na dno i stamtąd wdrapać się do kanału ściekowego prowadzącego na upragnioną wolność.  

Organizatorzy ucieczki uzgodnili, że pozostali więźniowie będą czekać na sygnał od pierwszych zbiegów. Mieli dać znać, kiedy będą już bezpieczni na wolności. Nikt dokładnie  nie wiedział, czy zaplanowana droga ucieczki ma szanse na powodzenie. Wcześniej najprawdopodobniej nikt tędy nie przeszedł.

Tymczasem pozostali więźniowie z utęsknieniem czekali na sygnał od pierwszych zbiegów. Po kilku godzinach wielu z nich straciło nadzieję, że uda im się uciec. Wreszcie dotarła wiadomość – są na wolności! Wtedy, w krótkich odstępach czasu, do włazu podchodzili kolejni uciekinierzy. Był to już ostatni moment na ucieczkę, bo zbliżała się pora obiadowa, kiedy strażnicy będą liczyć stan więźniów. Do „politycznych” dołączyli nieuwzględnieni w planach więźniowie kryminalni.

Dwa lata po tych wydarzeniach, jeden ze zbiegów dokładnie opisał w gazecie, jak wyglądał przebieg ucieczki. Według jego relacji, były miejsca, kiedy musieli taplać się w warstwie szlamu i błota, tak, że wystawała im jedynie głowa. Było niemiłosiernie duszno. Do tego wszystkiego w kanale było mnóstwo szczurów. Kilka razy widzieli nad sobą wylot studzienki kanalizacyjnej. Dało się zauważyć idących ludzi i jadące dorożki. Pierwsi zbiegowie przeżyli chwile grozy, kiedy natknęli się na nieuwzględnioną w planie dodatkową studzienkę. Byli pewni, że zabłądzili. Na szczęście dla nich, po kilkunastu minutach czołgania się, zauważyli w oddali oświetlone słońcem wyjście. Byli wolni.

Po blisko półtorakilometrowej drodze prowadzącej lochami i kanałami zbiegli więźniowie dotarli na łąkę znajdującą się  na Tatarach. Tu czekały już na nich dorożki. Wielu zbiegów uciekło w ten sposób m.in. w kierunku Łęcznej. Pozostali uciekli w kierunku Kraśnika i Nałęczowa. Co ciekawe, zbiegom pomagał w ukryciu sam Stefan Żeromski.

Tymczasem strażnicy w końcu zainteresowali się coraz większą liczbą więźniów, którzy skupili się wokół studzienki. Zauważyli otwarty właz i wszczęli alarm. Więźniowie rozbiegli się; udało się jedynie zatrzymać czterech zbiegów, którzy akurat usiłowali dostać się do lochów. Początkowo władze więzienia nie zdawały sobie sprawy ze skali ucieczki; dopiero kiedy przeliczono więźniów, okazało się, że była to zbiorowa ucieczka.

Informacja o uciekinierach dotarła do lubelskiego policmajstra, który natychmiast zarządził poszukiwania z udziałem straży ziemskiej, żandarmerii i wojska. Kozacy przeszukali łąki na Tatarach, szukali również zbiegów na terenie młyna Krausego. Dopiero rankiem następnego dnia – właśnie na łące należącej do właściciela majątku Tatary  – znaleźli jednego z uciekinierów, który spał zmorzony alkoholem. U wylotu do kanału znaleziono też cztery pary kajdan, więzienne ubrania i piłki do przepiłowywania krat.

Ówczesne media dużo pisały o brawurowej akcji

 

Spośród dwudziestu jeden zbiegłych więźniów politycznych, jedenastu to byli uczestnicy wspomnianych akcji na kasy kolejowe w Uhrusku i Dorohusku, aresztowani na wiosnę 1907 r. Byli nimi pracownicy huty Ruda-Opalin w pow. chełmskim. Policji nigdy nie udało się natrafić na ślad któregokolwiek z więźniów politycznych. Wielu z nich uciekło do Galicji. Inaczej potoczyły się losy zbiegłych kryminalistów. Nie byli zorganizowani, do tego doszło między nimi do sporów i kłótni. Prawie wszyscy zostali wkrótce zatrzymani lub zabici.

W 1909 r., dwa lata po ucieczce zakończył się proces naczelnika więzienia, jego zastępcy oraz czterech strażników. Byli oskarżeni o liczne zaniedbania. Sąd nie udowodnił im jednak, że byli w zmowie z więźniami. Dostali łagodne wyroki.

Krzysztof Załuski

 

 

 

Tagi:

zamek ucieczka więzienie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót