Jerzy wierzył, że po ślubie z Moniką wszystko się jakoś ułoży. Bo do tej pory miał wciąż "pod górkę". Ojciec pił od kiedy pamięta. Zdarzało się, że bił też matkę. Brat Jerzego wyprowadził się z domu, kiedy tylko skończył 18 lat. Niedługo potem zmarła mama. Serce nie wytrzymało. Ojciec nie mógł już pić. Miał tak już wyniszczony organizm, że w ciągu miesiąca stał się wrakiem człowieka. Nie miał siły wstać z łóżka. Zmarł we śnie. Rano Marek go znalazł z butelką wina. Zamkniętą, bo nie był w stanie jej otworzyć.

 

- Odziedziczyłem mieszkanie i długi po rodzicach - mówi Marek

 

- Udało mi się jakoś wyjść na prostą. Pomógł mi starszy brat. Od kilku lat był już w Stanach. Tam pracował, założył rodzinę. Nie chciał żadnego udziału w mieszkaniu po rodzicach. Zrzekł się. Miał trochę wyrzutów sumienia, że zostawił mnie na parę lat z ojcem-alkoholikiem.

Nigdy im się nie przelewało. Ojciec prawie wszystko co zarobił, wydawał na alkohol. Mama trochę szyła, dopóki jej zdrowie pozwalało. Wykonywała też prace chałupnicze. Marek zaraz po szkole poszedł do pracy. Nie w głowie mu były studia.

- Skończyłem budowlankę - mówi. - Najpierw pracowałem w firmie państwowej, potem przez jakiś czas byłem taksówkarzem. Kolega któregoś dnia zaproponował mi pracę w swoje firmie. Zajmował się wykończeniem. Wróciłem do zawodu.

Monikę poznał u kolegi na sylwestra. Spodobali się sobie. Po półtora roku znajomości wzięli ślub. Skromny, tylko najbliżsi. Zamieszkali u Jerzego.

- Monika pracowała w bibliotece - mówi Jerzy. - Dwa lata po ślubie urodził się nam pierwszy syn, potem drugi.

 

Ciężko pracował. Żyli oszczędnie. Moniki pensja nie powalała na kolana. Jerzy wprawdzie zarabiał przyzwoicie, ale trudno im było cokolwiek odłożyć

 

- Któregoś dnia coś we mnie pękło - mówi Jerzy. - Doszedłem do wniosku, że pracuję jedynie na to, żebyśmy mieli na bieżące wydatki. I to nie zawsze wystarczało. To było chore. Miałem już 33 lata, mieszkanie po rodzicach, starego forda i zero na koncie. Żyliśmy z miesiąca na miesiąc. Nic nie można było zaplanować. Niektórzy nasi znajomi budowali się, zmieniali mieszkania, samochody, dorabiali się, a my staliśmy praktycznie w miejscu. Ani do przodu, ani do tyłu. Chcieliśmy też mieć większe mieszkanie, z dużym balkonem, nowszy samochód, a nie stać nas było nawet na kupno większego telewizora. Chyba, że na raty.

Wtedy Jerzy pomyślał o wyjeździe do Anglii. Miał tam serdecznego kolegę jeszcze z osiedla, gdzie się razem wychowywali. Adam już go kiedyś namawiał do wyjazdu. Miał tam firmę budowlaną.

 

- Znałem się na robocie - mówi Jerzy. - Adam mówił, że pracy na pewno nie zabraknie. Na początku miałem mieć co najmniej 2000 funtów miesięcznie

 

Brzmiało zachęcająco, zwłaszcza, że za mieszkanie nie musiałbym płacić. Przynajmniej przez pół roku miałem mieszkać w domku jednorodzinnym, który był częściowo już wykończony. Miałem zrobić resztę. Super układ.

Było tak, jak Adam obiecał. Nie musiał się śpieszyć, bo inwestor nie naciskał. Adam był też zadowolony z jego pracy. Jedną trzecią zarobków wydawał na życie, resztę odkładał.

- Wreszcie poczułem, że normalnie zarabiam - mówi. - Na początku wszystko przeliczałem na złotówki, dopiero potem się tego oduczyłem.

Nie ukrywa, że w Anglii też odżył.

- Fakt, że nie miałem na głowie innych problemów, jak dzieci, czy typowo domowe obowiązki - mówi. - Z Moniką rozmawialiśmy niemal codziennie przez telefon. Tęskniłem za chłopakami. Nie mogłem się doczekać, kiedy ich znowu zobaczę.

Przyleciał na święta. Miał dwa tygodnie wolnego.

- Zleciało nie wiadomo kiedy - mówi. - Dzieci nie opuszczały mnie na krok. Od rana wisiały mi na szyi. Monika jakoś dawała sobie radę, pomagała nam moja teściowa. Czasami też do dzieci przychodził Moniki ojciec. Kubuś już chodził do szkoły. Obydwaj rośli jak na drożdżach. Ciągle się mnie pytali, jak jest po angielsku to czy tamto. Obiecali, że zaczną się uczyć języka. Dopytywali też, czy widziałem angielską królową.

 

Kiedy żegnali się wszyscy na lotnisku, Jerzy miał łzy w oczach

 

- Z jednej strony strasznie mi było żal znowu zostawiać ich samych, ale z drugiej strony widziałem, jak rośnie nam na koncie. Przez rok uzbierała się całkiem pokaźna kwota. W Polsce bym w życiu tyle nie odłożył.

Po powrocie do Anglii nie wiedział, w co ma ręce włożyć. Jego przyjaciel miał tyle zamówień, że chętni ustawiali się w kolejkę.

- Fakt, że niektóre prace robił byle jak i aby szybciej, ale do bardziej wymagających klientów wysyłał zawsze mnie. Wiedział, że po mnie nie trzeba poprawiać. I płacił uczciwie. Obydwaj byliśmy zadowoleni ze współpracy.

Popołudniami zwiedzał Londyn. Zapisał się też na kurs języka angielskiego.

- Wsiąkłem dość szybko w ten angielski klimat - mówi. - Chodziłem na mecze, odwiedzałem puby, "zaliczałem" muzea. W weekendy jeździłem rowerem po okolicy.

 

Czasami marzyłem, że za jakiś czas kupię tu duży, piękny dom i zamieszkam tu z Moniką i chłopakami

 

Były to oczywiście tylko marzenia, bo nieruchomości są tu koszmarnie drogie. Pasowała mi Anglia. Nie przeszkadzał mi nawet kapryśny klimat i ciągłe deszcze.

Na bieżąco wiedział, co nowego w domu, jak chłopcy sobie radzą w szkole, co znowu nabroili. Z Moniką rozmawiali na początku niemal codziennie. Martwił się, kiedy jeden lub drugi złapał jakieś choróbsko, miał temperaturę. Był też bardzo dumny, kiedy Kubuś zaczął treningi w klubie piłkarskim. Jego ulubionym klubem było oczywiście londyńskie Chelsea. Do Polski przyjeżdżał raz, dwa razy w roku. Na minimum dwa tygodnie.

- Za każdym razem było tak samo: łzy na pożegnanie i zapewnienie, że to już ostatni raz - dodaje Jerzy.

 

Od początku tego roku, po raz pierwszy od dziecięciu lat tak długo jeszcze w domu nie był. Zostanie. Do Anglii już nie wróci

 

- Nie chcę stracić rodziny - mówi. - Teraz to do mnie dotarło. Przegapiłem dziesięć najważniejszych lat w życiu chyba każdego ojca.

Dotarło to do niego, kiedy poszedł na stadion, żeby zobaczyć mecz Kuby. Debiut w seniorskiej drużynie. Sparing i od razu gol. Po meczu chciał go wyściskać i pogratulować.

- Kuba najpierw jednak podszedł do Jarka, to nasz znajomy, który od dawna często woził Kubę na treningi i go zabierał - mówi Marek. - Jego syn grał też w zespole. Wtedy dotarło do mnie, że jest dla niego ktoś ważniejszy ode mnie. Było mi przykro. Potem sobie uświadomiłem, że ja z moimi dziećmi byłem co najwyżej razem przez miesiąc w ciągu roku. Oni się ode mnie odzwyczaili. Kiedy już byłem w domu, to z każdym problemem chodzili do Moniki, nie do mnie. Traktowali mnie jak gościa. Przyjechał, fajnie. Przywiózł prezenty, też super. Ale jak trwoga - to do mamy. Przegapiłem tyle fantastycznych chwil w ich życiu: chociażby pasowanie na ucznia.

 

Na zdjęciach, które mi Monika wysłała żaden z nich się nie uśmiecha. Na wielu zdjęciach są smutni

 

Dopiero teraz to do mnie dotarło. Dziesięć lat nie mieli ojca. Żadne pieniądze tego nie zastąpią. Co z tego, że kończymy już remont domu, który okazyjnie udało nam się dwa lata temu kupić? Nic nie jest jak dawniej. Monika już też się odzwyczaiła ode mnie. Przez te lata, kiedy mnie nie było, musiała sama sobie radzić. Ja byłem od zarabiania pieniędzy.

Jerzy dopiero teraz poznaje swoich synów. Codziennie dowiaduje się czegoś nowego o swoich dzieciach. Jak to, że Maciek jest uczulony na jajka, a starszy syn ma problemy z przegrodą nosową.

- Jutro będę na wywiadówce u Maćka - mówi nasz bohater. - Po raz pierwszy w życiu. Dobrze, że mi Monika powiedziała, jak się nazywa jego wychowawczyni. Teraz widzę, ile jak mam zaległości z tych dziesięciu lat. Nie wiem, czy będę w stanie je nadrobić. Nie wiem też, czy kiedyś któryś z moich synów nie spyta, czy warto było te dziesięć lat poświęcić na zarabianie pieniędzy niż bycie z nimi razem. Nie wiem, co wtedy miałbym odpowiedzieć...

 

Tagi:

małżeństw,  syn, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz