Rozmowa z Anną Kotułą-Ciuraj, psychoonkolożką z Lublina


Pracuje pani m.in. w Hospicjum Dobrego Samarytanina w Lublinie. Co pani mówi rodzinie, która stoi przy łóżku chorego, z którym nie ma żadnego kontaktu?

- Zawsze przypominam, że ich bliski jednak słyszy i czuje wszystko, co się wokół niego dzieje. Dlatego trzeba uważać, co mówi się przy najbliższej osobie. Namawiam ich, żeby z taką osobą rozmawiali tak jak w pełni świadomą. Przez to poczują się w pełnej relacji z bliską osobą. Proponuję, żeby od serducha mówili wszystko co czują, myślą, co dla nich ważne, żeby nigdy nie żałowali, że czegoś nie powiedzieli czy nie zrobili.

Rozmawia pani z osobami, które są nieprzytomne?

- Oczywiście. Trzymam je za rękę, opowiadam. Czasami włączam im ulubioną muzykę. Dla każdego człowieka niezwykle ważna jest bliskość drugiej osoby. W szczególności dla tych, którzy są właśnie nieprzytomni - tak jak to często jest w hospicjum. Dlatego tak ważna jest bliskość i obecność drugiego człowieka. Po prostu towarzyszenie i bycie przy nim. Ogromnym problemem dla wielu pacjentów, którzy są przytomni jest m.in. niemożność normalnego spożywania posiłków. Towarzyszą im wtedy skrajnie negatywne emocje, jak złość, żal czy rozpacz. Spotykam się często z frustracją chorych, którzy nie mogą przeżywać pozytywnych emocji związanych z jedzeniem. Takie osoby bardzo często nie mogą się pogodzić z faktem, że nie będą mogły normalnie przyjmować posiłków. Że nie będą czuć smaków, zapachów.

Jak wtedy może pomóc psycholog?

- Pracuję wtedy z pacjentem nad tym, żeby jego jakość życia nie była sprowadzana do możliwości spożywania posiłków, aby nie różniła się od tej, jakiej doświadcza chory, który może normalnie się odżywiać. Ważne jest, aby skupić się na tym co tu i teraz, że można być w miarę możliwości sprawnym, spędzać czas z najbliższymi i czerpać to, co najlepsze z czasu spędzonego razem. To jest ciężki moment również dla rodzin takich pacjentów. Często karmią swoich bliskich na siłę, nie zauważając, że ta osoba z powodu postępującej choroby po prostu powoli umiera. Bardzo ważna jest wtedy praca z rodzinami, żeby zrozumieli, że pozytywnym wyznacznikiem życia nie jest wcale jedzenie. Że ważniejsze jest wspólne spędzanie czasu razem i aktywność w miarę możliwości. Że można żyć normalnie bez spożywania posiłków.

Pociesza pani swoich pacjentów?

- Tu nie chodzi o pocieszanie. To tak nie działa. Psychoonkolog ma za zadanie przepracowanie z pacjentem całego wachlarza uczuć i emocji, jakie on odczuwa. Z reguły są to odczucia negatywne - złość, strach, lęk, niepokój. Wtedy pacjent może się uspokoić i czerpać to, co dobre z relacji i czasu jaki mu pozostał.  Pacjenci z hospicjum nie mogą często pogodzić się faktem, że przykuci do łóżka są zależni od innych - nie tylko bliskich, ale i obcych sobie ludzi. Trzeba nauczyć ich przyjmowania pomocy i proszenia o nią z zachowaniem człowieczeństwa i poczucia własnej wartości.

To jaki jest główny cel takiej terapii psychologicznej?

- Pacjenci powinni nauczyć się żyć na nowo. Próbuję w mojej pracy robić z pacjentem paradoksalnie małe, ale w rzeczywistości wielkie rzeczy, jakie są w stanie samodzielnie zrobić. To może być chociażby umycie zębów, telefon do rodziny, przyjaciół, znajomych czy przeczytanie książki. Pacjent ma mieć poczucie godności, ważności i czerpać pozytywną jakość życia. Razem tworzymy nową hierarchię ważności i potrzeb w życiu, co ma wpływ na komfort psychofizyczny pacjenta.

Również rodzina wymaga terapii na tym tym poziomie choroby.

- Zgadza się. Także ona potrzebuje wsparcia psychologicznego. Mamy do czynienia wtedy z zamianą ról, zadań w rodzinie, jakie do tej pory obowiązywały - przed umieszczeniem bliskiej im osoby w hospicjum. Ważne, żeby pozwolić im wyrazić swoje uczucia, emocje. Jako psycholog, psychoonkolog umożliwiam im "zwentylowanie" ich uczuć, emocji i przepracowanie wątpliwości, żalu, złości. Często jest to rozmowa, płacz, a nawet krzyk. Uczę ich nowego systemu komunikowania się i współpracy z chorym. Pacjent ma za zadanie z kolei dzięki temu nauczyć się poprosić o pomoc i ją przyjąć, a rodzina by ją dać. To także czas, żeby spędzić razem ostatnie chwile, czasami coś sobie wytłumaczyć, porozmawiać, a nawet powiedzieć "kocham się". Na to nigdy nie jest za późno.

Rozmawia pani z pacjentami o śmierci?

 - Sami o to pytają. I to często. Chcą wiedzieć, czy będzie wtedy bolało, czy będą cierpieć i czy ktoś wtedy po nich wyjdzie. Układamy wtedy razem różne scenariusze śmierci. Pacjenci, co jest paradoksalne, mniej się wtedy jej obawiają. Śmierć staje się wówczas dla nich czymś bliskim, nie jest wtedy aż tak straszna. Jest oswojona. Zdarza mi się być przy osobie umierającej, kiedy nie ma w pobliżu żadnej im bliskiej osoby czy kogoś z rodziny. Staram się wtedy zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. Być po prostu przy nich. Te osoby wiedzą i wyczuwają to. Dzięki temu łatwiej im przejść na tę drugą stronę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi:

choroba,  umieranie,  hospicjum, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz