Tego dnia jechał do Łodzi. Zostało mu jeszcze jakieś 80 kilometrów. Była mżawka, śliska droga. Niewielki ruch i kiepska widoczność. Czuł się wyśmienicie. Słuchał radia.

– Pamiętam, że pod nosem sobie coś nuciłem – mówi. – Cieszyłem się z tego wyjazdu. Miałem się spotkać z dawno nie widzianym przyjacielem, który kilka lat mieszkał w Anglii.

W pewnej chwili zobaczył reklamę zajazdu. Za kilometr.

- Ten szyld mi jedynie mignął przed oczami. Nie zwróciłem na niego jakiejś szczególnej uwagi. Nagle „coś” mi kazało włączyć kierunkowskaz i zjechać na parking przy tym zajeździe. Tak też zrobiłem. Może to się komuś wydać dziwne, ale uczyniłem to bezwiednie, Zaparkowałem, wszedłem do środka. Nie wiem po co. Nie byłem głodny. Nie chciało mi się pić ani kawy, ani herbaty. Usiadłem przy stoliku. Zamówiłem ciastko i jedząc je, bezmyślnie patrzyłem przez okno. Siedziałem tak może z kwadrans. Cały czas czułem dziwne napięcie gdzieś w środku. Nie byłem zdenerwowany, ale czułem się jakoś nieswojo. Kiedy wychodziłem z baru, wciąż miałem wrażenie, jakby mnie ktoś obserwował, ale nie było to jakieś uczucie zagrożenia czy tez strachu. Pierwszy raz czegoś takiego doświadczyłem. Dzisiaj wiem, kto na mnie patrzył.

Przejechał niecałe dziesięć kilometrów. Już z daleka zauważył wozy strażackie i karetki pogotowia.

- Widać było, że coś poważnego się stało, bo było też pełno policji. Kiedy podjechałem bliżej, to zobaczyłem cztery kompletnie rozbite samochody. Nagle struchlałem. Najbardziej rozbity był czerwony volkswagen beetle. Zwróciłem na niego uwagę, bo to charakterystyczne auto i wyprzedził mnie tuż przed tym zajazdem. Gdybym wtedy nie stanął, to jestem przekonany, że to byłaby moja ostatnia podróż w życiu.

W tym wypadku zginęły trzy osoby. Dwie zostały ciężko ranne.

Bogdan ma jedno wytłumaczenie, że ocalał. Że posłuchał głosu, który kazał mu się zatrzymać.

- Do tego dnia nie byłem osoba wierzącą – tłumaczy nasz bohater. – Jak wytłumaczyć fakt, że tuż po tym zdarzeniu, stojąc w korku powiedziałem nagle na głos „Panie Boże, dziękuję”? I powtórzyłem to kilka razy. To było tak bezwiedne, jak to moje zatrzymanie się przed wypadkiem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to pan Bóg kazał mi najpierw stanąć, a potem podziękowałem mu za to gdzieś z głębi mojego serca. Dzisiaj wiem, że to był plan pana Boga na moje dalsze życie.

- Czyli?

- Żyj, ale ze mną w sercu i podziel się swoim doświadczeniem. Dlatego o tym opowiadam.

Ten dzień odmienił zupełnie życie 43-latka.

- Niech pan sobie wyobrazi, że wjeżdżając do Łodzi, skręciłem do małego kościółka, który nagle wyłonił mi się za zakrętem. Ja, który ostatni raz byłem w kościele chyba na moim ślubie. Nawet w święta nie chodziłem na msze. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatni raz byłem u spowiedzi.

W kościele spędził niemal godzinę.

- To była chyba najlepiej zainwestowana godzina w moim życiu – mówi. – Znałem podstawowy pacierz, odmówiłem go, a resztę czasu to była moja rozmowa z Bogiem.

- O czym?

- Czasami żałuję, że tego nie można było nagrać. Czy może pan sobie wyobrazić rozmowę z kimś, kogo nie widać, nie słychać, a czuć głęboko w sercu? Tak było ze mną. Czułem Boga w sercu. I mówiłem mu o mnie, przepraszałem.

- Za co?

- Za moje dotychczasowe życie. Za chciwość, obłudę, za to, że byłem egoistą, za to, że miałem jeden cel z życiu – kasa, kasa i jeszcze raz kasa. A na koniec się rozpłakałam. Wyszedłem jednak z kościoła niesamowicie spokojny, ufny, że w moim życiu może się przytrafić coś niezwykłego.

Jacek spotkał się z przyjacielem, ale rozmowa się nie kleiła. Opowiedział mu, co mu się przytrafiło.

- Zażartował, żebym zmienił dilera.

Z Łodzi wrócił z kwiatami. Żona popatrzyła na niego podejrzliwie. Bąknął, że dawno jej nie dawał kwiatków.

- Powiedziałem jej tylko o tym wypadku i że mogłem zginąć. O moim doświadczeniu jednak nie wspomniałem.

- Dlaczego?

 - Żona też nie chodziła do kościoła, chyba bałem się że mnie wyśmieje. – mówi.

Następnego dnia po raz drugi doświadczył czegoś niezwykłego. Dzisiaj zna odpowiedź, skąd nagle następnego dnia opowiedział o wszystkim żonie.

- To było wieczorem – mówi. – Siedziałem w gabinecie. Żona obok w pokoju coś oglądała w telewizji. Wstałem, żeby zrobić sobie herbatę. Kiedy przechodziłem obok pokoju, nagle zatrzymałem się. Wszedłem do pokoju i od progu zacząłem jej opowiadać moje przeżycia z Łodzi. Bez żadnego wstępu, tak jakbym wyjął kartkę z zapisanym tekstem i słowo po słowie przeczytał swoją historię. To było dla mnie niezwykłe przeżycie. To były moje słowa, ale czułem tak, jakby ktoś inny je wypowiadał. Wiem, że komuś to trudno zrozumieć, ale wtedy od kilku dni miałem takie wrażenie, jakby ktoś – dzisiaj wiem, że to Bóg – wziął mnie za rękę i pokazywał co mam robić. A przy tym czułem się bardzo bezpieczny i niesamowicie spokojny.

- Co na to żona?

- Ani razu mi nie przerwała, po prostu słuchała. Tego dnia po raz pierwszy zobaczyła łzy na mojej twarzy. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego się rozpłakałem. Na koniec się przytuliła. Nic nie powiedziała. Nie zadawała żadnych pytań, nie analizowała tego. Po prostu wysłuchała.

- Co się od tej pory zmieniło w pańskim życiu?

- Wszystko. Od tej pory codziennie czuję obecność Boga. Rozmawiam z nim, modlę się. Jak mam kłopot, to zamykam się w pokoju i pytam o radę. Traktuję go jak najlepszego przyjaciela. Nawet jak nie mogę zasnąć, to wyobrażam sobie, że siadam obok niego gdzieś na takiej wiejskiej ławeczce, które kiedyś stały przed domami i razem obserwujemy drogę. Po kilku minutach usypiam. Rano z kolei, jak się budzę, to bardzo często mu dziękuję, że mnie obudził.

- Miał pan jeszcze podobne doświadczenia bliskości z Bogiem?

- Wiele razy. Miałem takie sytuacje, które wydawały się nie do rozwiązania. Wcześniej panikowałem w takich momentach, podejmowałem pochopne, nie zawsze słuszne decyzje. Teraz, kiedy zdarza się, że jestem o krok od chociażby wybuchu złości, to pojawia się w głowie myśl: uspokój się, pan Bóg jest z tobą. On chce dla ciebie dobrze. I złość przechodzi. Tak się dzieje w wielu sytuacjach.

- Dlaczego chciał mi pan o tym wszystkim opowiedzieć?

- Bo czułem taką potrzebę. Mnie ta cała historia dała takiego kopa, że pomyślałem sobie żeby się nią podzielić z innymi. Nie chcę robić z siebie teraz świętego; nie mam też zamiaru kogokolwiek nawracać, ani prawić kazań. Myślę jednak, że taka historia jak moja może się przytrafić każdemu. I można to sobie tłumaczyć jako zbieg okoliczności, przepadek czy traf. W mojej historii tych przypadków było jednak zbyt wiele.           

   

   

 

 

Tagi:

wiara,  Bóg,  kościół, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz
// }) // }) // }) // }) // }) // })