59-latek pracuje w urzędzie. W dużym mieście wojewódzkim na wschodzie kraju.

- W przyszłym roku będę obchodzić 30-lecie pracy – mówi. - Przeżyłem wielu szefów. Nawet ich wszystkich nie jestem w stanie zapamiętać. Różni byli. I fachowcy i zwykli nieudacznicy, którzy mieli „plecy”, albo wyżebrali stanowisko.

Marek jest jednym z najlepszych pracowników. Nigdy nie było nawet najmniejszej skargi na niego. Nigdy też nie podpadł w pracy.

- Pracuję całe życie z cyferkami i liczbami – mówi. - Tu nie ma marginesu błędów. Nie można się pomylić. Lubię swoją robotę. Kiedy zaczynałem, to moimi przełożonymi byli starsi już, ale niezwykle doświadczeni fachowcy. Od nich nauczyłem się bardzo wiele. Byli tacy, do których zawsze można było pójść po radę, o coś spytać. Byli też tacy, do których chodziło się tylko w ostateczności. Ich słuchaliśmy jednak najbardziej. Byli wyrocznią. Już są dawno na emeryturze. Zastąpili ich nowi, młodsi.

 

Marek jest jednym z najstarszych w swoim wydziale

 

- Ma to swoje zalety – mówi. - W pokoju jestem z 30-latkami. Młode, ładne i miłe dziewczyny. Jest też jeden chłopak tuż po studiach. Nie jesteśmy na ty. Nie mają doświadczenia, ale szybko się uczą. Jak mam problem z komputerem, czy jak nie wiem, jak ściągnąć jakąś nową aplikację na smartfona, to zawsze mogę na nich liczyć. Wnoszą taki powiew świeżości i nie narzkają jak wielu starszych.

Wcześniej jego biurowym sąsiadem był Jacek, 30-latek. Ambitny i wkurzający.

- Nie mogłem się do niego przekonać – mówi Marek. - Z początku jak przyszedł, to był cichutki, skromniutki, każdemu się kłaniał. Kiedy okrzepł i nabrał pewności siebie, to zmienił się. Na gorsze. Potrafił być arogancki wobec petentów. Zdarzało się, że pokazywał im swoją wyższość.

 

Kiedyś trafiła kosa na kamień

 

Byli sami w pokoju. Marek akurat był zajęty pisaniem sprawozdania na komputerze. Jacek z kolei pił kolejną kawę, kiedy do ich pokoju wszedł młody mężczyzna. Był ubrany jak na plażę. Do tego kolczyki w uchu.

- Bardzo grzecznie zwrócił się do Jacka z prośbą o wydanie jakiegoś druku, już nie pamiętam o co dokładnie mu chodziło. Jacek – widziałem to wyraźnie – spojrzał na niego z nieukrywaną niechęcią i powiedział pod nosem, że to urząd, a nie plaża.

- Ten młody człowiek w szortach odparł – bez żadnej agresji czy złośliwości – że Jacek jest utrzymywany z jego – podkreślił, że niemałych - podatków i że ma obowiązek go obsłużyć nawet wtedy, kiedy przyszedłby do urzędu w zbroi. Jacek już nic nie odpowiedział. Obsłużył go w milczeniu. Nie odpowiedział jednak na grzeczne pożegnanie z jego strony.

Jacek w podobny sposób potraktował starszą panią, która przyszła na wezwanie do urzędu, ale zapomniała jakiś dokumentów. Był wyjątkowo chamski.

 

- Wtedy nie wytrzymałem – mówi Marek. - Kiedy ta kobieta wyszła, zwróciłem mu uwagę, że była ona w wieku jego matki. „Chciałby pan, żeby to pańską matkę tak ktoś potraktował? - spytałem.

 

Po pewnym czasie Marek zauważył, że Jacek zaczął codziennie o 10 chodzić do bufetu. Do tej pory tego nie robił. Miał zawsze ze sobą jakieś sałatki, kanapki. Zauważył także, że przed tą godziną wychodził na korytarz lub zostawiał otwarte drzwi.

- Dziwnym trafem wychodził do bufetu dopiero wtedy, jak zobaczył na korytarzu naczelnika wydziału – śmieje się Marek. - Nowy naczelnik zawsze o tej porze szedł właśnie na drugie śniadanie.

Kiedyś z ciekawości sam zszedł o tej porze do bufetu. Jego przypuszczenia się potwierdziły. Przy stoliku naczelnika siedział Marek i jeszcze jego dwóch kolegów.

- Bufetowa, starsza już pani zna mnie od lat – mówi Marek.

„Widzi pan, panie Marku, jak się teraz załatwia podwyżki i awanse? - usłyszałem szeptem od niej. - Nawet brudne naczynia pana naczelnika odnoszą za niego. Tylko patrzeć, jak go będą karmić”.

Była uważną obserwatorką. Znała się też na ludziach.

- Tan pański Mareczek z pokoju, to nawet rano czeka w samochodzie na szefa. Jak tylko go zobaczy, to od razu - niby przypadkiem – idzie do niego, żeby się przywitać. Zobaczy pan, że on jeszcze trochę i też zostanie jakimś naczelnikiem.

 

I pani z bufetu się nie myliła

 

Za jakiś czas Marek opuścił ich pokój. Dostał gabinet na tym samym piętrze.

- Awansował na zastępcę naczelnika – mówi Marek. - Dowiedzieliśmy się o tym na zebraniu. Wtedy było dużo zmian personalnych. Część osób odchodziła w tym samym czasie na emeryturę. Były nowe nominacje. Przy ogłaszaniu awansu Marka na zastępce doszło do nieprzyjemnego zgrzytu. Kiedy naczelnik wyczytał nazwisko swojego zastępcy, czyli Jacka, jeden ze starszych pracowników, który lada dzień odchodził na emeryturę, parsknął głośno śmiechem. Widziałem, że Jacek poczerwieniał na twarzy.

Wiele osób było zdumionych niektórymi nominacjami. Nikt jednak – oprócz tego starszego urzędnika, który już niczym nie ryzykował – nie okazał tego.

- Niech młodzi rządzą, awansują i się rozwijają – podkreśla Marek. - Ne mam nic przeciwko zmianom pokoleniowym w każdej pracy. Ale akurat ci, którzy wtedy awansowali na wyższe stanowisko, to były zwykłe miernoty. Żadna z tych osób, może poza jedną dziewczyną, która była merytorycznie doskonała, to cała reszta to właśnie takie miernoty. Jacek – w moim przekonaniu – zupełnie nie był przygotowanym do tego, żeby pełnić jakikolwiek kierownicze stanowisko. Nie tylko był merytorycznie beznadziejny, ale nie potrafił też współpracować z ludźmi. Arogancki, typowy karierowicz.

 

Okazało się, że oprócz Marka awansował również kolega naczelnika. Ściągnął go do urzędu pół roku wcześniej

 

- Myślę, że to był najszybszy awans – do tego o dwa szczeble – w historii urzędu. - podkreśla Marek. - I nie dotyczyło to kariery jakieś wybitnego specjalisty po Oksfordzie czy Harvardzie. Był to młody chłopak po politechnice, który bez pomocy starszych pracowników, nie wypełniłby najprostszego formularza. Ale z naczelnikiem razem jeździł na ryby, a ich żony chodziły do tej samej kosmetyczki. Wszyscy liczyli, że to stanowisko obejmie doświadczona, lubiana przez wszystkich pracownica. Jej akurat ten awans należał się jak psu buda.

Swój awans „wychodziła” także młoda dzewczyna, która poza wyjątkową urodą, wyróżniła się w pracy tym, że oberwała kiedyś w urzędzie, przy wszystkich po buzi od żony szefa wydziału, który miał z nią romans. Z nowym naczelnikiem dość szybko się polubili, bo jako jedna z nelicznych pozwalała sobie, żeby do jego gabinetu wchodzić bez pukania. Podobno też widywano ich razem po pracy.

 

Marek już od dawna nie ma złudzeń, że w jego firmie na awans mogą liczyć tylko ci, którzy potrafią podlizywać się swoim przełożonym. Kompetencje są nieważne

 

- Pamiętam, że wiele lat temu pracowała w urzędzie młoda dziewczyna, która bardzo chciała się przypodobać dyrektorowi – mówi Marek. - To był już starszy mężczyzna, elegancki, wszyscy ceniliśmy go za fachowość. Ta pracownica ciągle starała się być blisko swojego przełożonego. Było to żenujące i aż nadto rzucało się w oczy. Kiedyś na opłatku wigilijnym w urzędzie wciąż nadskakiwała temu dyrektorowi. A to, że przyniesie mu harbatki, a to kawusi, a może pan dyrektor ciateczko chce. I w końcu nie wytrzymał. Grzecznie odparł, że jako dziecko miał nianię, ale bardzo źle wspomina tamten okres. Dziewczyna się zawstydziła i tak skończyło się jej lizusostwo.

 

Miejsce Jacka przy biurka zajęła teraz Edyta. Miła, sympatyczna blondynka. Od kilku dni Marek zauważył, że i ona zaczęła chodzić do bufetu. Do tej pory tego nie robiła.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi:

praca,  awans, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz