Anegdota głosi, że podczas balu absolwentów na uczelni, nagle wpadli na salę „chłopcy z Bałut” i pobili balujących. Po „śledztwie” okazało się, że chłopców z miasta zamówił student Roman Polański, który całą akcję filmował na gorąco ukrytą kamerą. Chciał mieć prawdziwe ujęcia bijatyki na zabawie - tak się kiedyś studiowało w legendarnej już filmowej uczelni.

 


Nasz Hollywood

 


Jest jedną z najstarszych szkół filmowych na świecie. Jej absolwenci przez lata zdobywali najbardziej prestiżowe nagrody z Oscarami na czele. Według magazynu „The Hollywood Reporter” w 2014 roku łódzka filmówka była nr 2 na świecie, tuż po Londynie! Zawsze w tych rankingach znajduje się w gronie 25 najlepszych szkół filmowych świata.

Tę uczelnie skończyli tacy znani na całym świecie filmowcy jak Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski, Roman Polański, Andrzej Munk, Jerzy Skolimowski, Janusz Morgenstern, Kazimierz Kutz czy Krzysztof Zanussi.

Wszystko zaczęło się w 1945 r., kiedy powstały Warsztaty Filmowe Młodych - pierwsza po wojnie forma szkolenia przyszłych filmowców. Uczestniczyli w nich m.in. Wojciech Jerzy Has, Jerzy Kawalerowicz, Mieczysław Jahoda czy Jerzy Passendorfer. Od 1948 roku placówka stała się już wyższą uczelnią artystyczną, kształcącą młode kadry reżyserów, operatorów, scenarzystów i aktorów.

W pierwszych latach działalności studenci mieszkali w internacie na terenie uczelni. Była tam m.in. tzw. ogiernia, czyli 30-osobowy pokój, w którym młodzi mężczyźni spali na trzypiętrowych łóżkach. Jak można przeczytać na stronach uczelni, pierwszym szkolnym małżeństwem byli Ewa i Czesław Petelscy. Do urzędu stanu cywilnego pojechali służbowym samochodem rektora Toeplitza i dostali pokój, w którym mogli mieszkać tylko we dwoje.


W 1954 roku do grona studentów dołączył Roman Polański. Ponoć na egzaminach wstępnych nie powalił komisji na kolana

 


Jury było podzielone w kwestii jego kandydatury. Połowa uznała, że powinien znaleźć sobie inne zajęcie. Na szczęście dla przyszłego reżysera, coś w nim dostrzegł ówczesny rektor Antoni Bohdziewicz i Polański dostał bilet wstępu na uczelnię.

Od razu stał się niezwykle barwną postacią szkoły. Nikt nie mógł czuć się bezpieczny z powodu jego ciągłych dowcipów. Np. pewnego dnia Polański razem z Januszem Majewskim (tym od CK Dezerterzy-kz.), wpadli do gabinetu sekretarki rektora. Na oczach zaskoczonej kobiety Majewski wyciągnął zza pazuchy duży pistolet i z przerażającym wyrazem twarzy strzelił prosto w serce kolegi. Oczywiście z broni naładowanej ślepymi nabojami. Głośny huk! Polański dramatycznie chwycił się za serce – zalewając pierś przygotowaną wcześniej kurzą krwią i padł na podłogę jak rażony piorunem. Zaraz po nim sekretarka, która zemdlała. Obydwaj - i Polański i Majewski - nie zostali wyrzuceni z uczelni za ten numer, wręcz przeciwnie - wzbudzili podziw tak realistycznie odegraną sceną.

 


Tu nie ma miękkiej gry

 


W kolejnych latach na uczelnię trafili kolejni znani potem reżyserzy, jak Witold Leszczyński, Jerzy Skolimowski, Krzysztof Zanussi i Krzysztof Kieślowski. W socjalistycznym zaduchu na uczelnię przyciągało niepokornych ludzi otwarcie intelektualne i dość swobodna atmosfera artystycznej bohemy.

"Uczelnia kieruje się uniwersalnymi zasadami etycznymi, wolnością nauczania, swobód twórczych oraz wolnością badań w zakresie sztuki i twórczości artystycznej, w poszanowaniu prawdy, solidarności, demokracji i tolerancji, nawiązując w ten sposób do ogólnych tradycji uniwersyteckich oraz polskiego szkolnictwa artystycznego" - czytamy na stronie internetowej szkoły.

 


Prowadzący zajęcia starali się od samego początku, by studenci mogli obejrzeć ważne filmy powstające za „żelazną kurtyną”

 


Sala filmowa w rektoracie była miejscem kultowym; po seansach zakazanych obrazów dyskutowano o nich do rana. Nie tylko rozmawiano. Do legendy przeszły schody prowadzące do sali kinowej. Roman Polański twierdził, że te schody w historii kinematografii są ogromnie ważne, zaraz po tych z „Pancernika Potiomkina”.

Na nich przesiadywali rozdyskutowani studenci, przepytywali się przed egzaminami, pili alkohol dla odwagi. Schody mieściły się w strategicznym miejscu - wszędzie blisko, i do toalety i do wyjścia. Na schodach organizowano nawet zawody w skokach z góry i wchodzeniu po stopniach na rękach.

Miejsce zostało upamiętnione tabliczkami informującymi, że „Andrzej Wajda przesiadywał tu w latach 1949-1953”, a „Polański z tego stopnia skakał w latach 1954-1959”.

W filmówce lat 50. ub.w. pojawił się z czasem jazz i porwał młodych filmowców na scenę. Przyszli operatorzy: Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz i Witold Sobociński stworzyli legendarny zespół Melomani; byli tak znakomitymi jazzmanami, że muzyki z zakazanej Ameryki słuchali wszyscy na filmówce. Dzięki tej dwójce znakomitych artystów, w 1957 roku Roman Polański poznał Krzysztofa Komedę, autora muzyki do jego późniejszych dzieł filmowych, m.in. niezapomnianej kołysanki z „Rosmery’s Baby”.

Mało kto wie, że w latach 60. ub.w., do Łodzi przyjechał genialny reżyser Michelangelo Antonioni, a nawet wielka gwiazda amerykańskiego kina - Kirk Douglas.

 


Kuźnia talentów

 


Przez 75 lat istnienia łódzka szkoła wykształciła wielu czołowych reżyserów, operatorów i aktorów znanych na świecie. Aby dostać się do Łódzkiej Szkoły Filmowej, to oprócz talentu trzeba mieć także to coś, co zwróci uwagę egzaminatorów. Choć nie każdy chce się tu uczyć. Jak mówi anegdota, Andrzej Wajda musiał namawiać Jerzego Skolimowskiego na studia w Łodzi.

A było to tak: kiedy Wajda przygotowywał film „Niewinni czarodzieje” o młodych Polakach roku 1960, dał młodemu Skolimowskiemu tekst do konsultacji. Ten go przeczytał i stwierdził, że to stek bzdur. I w ciągu jednej nocy przerobił historię tak, by trzymała się realiów z bazarów na warszawskiej Pradze. Wajdę zatkało, ale zrobił film po swojemu, ale potem nie był zadowolony z końcowego efektu. Natomiast docenił talent Skolimowskiego.

Kolejnym ciekawym przykładem nauczyciela przyszłych filmowców był Andrzej Munk, który potrafił nieźle namieszać w głowie studentów. Pewnego razu miał wygłosić prelekcję o filmie barwnym. Najpierw zwrócił się do jednej połowy sali. Dokonał brutalnej krytyki taśmy kolorowej, która miała zaburzać dotychczasową estetykę kina i sprowadzającą wizualne środki wyrazu do wulgarnej pstrokacizny. Argumenty były na tyle mocne, że studenci się z nim zgodzili. Po czym Munk zwrócił się ku drugiej połowie słuchaczy i przeprowadził obronę filmu w kolorze, jako wielkiego kroku naprzód, pokazującego rozwój sztuki i techniki. Nie trzeba dodawać, że młodzi ludzie byli w rozterce. Ale po przemyśleniu taktyki mistrza zrozumieli, że prawda leży pośrodku.

Z uczelnią wiążą się liczne anegdoty, które się opowiada z pokolenia na pokolenie. Jedna z nich dotyczy m.in. Krzysztofa Kieślowskiego, który do łódzkiej filmówki dostał się dopiero za trzecim podejściem. Jak wspominał po latach słynny reżyser, na egzaminie wstępnym komisja spytała go kiedyś jakie są środki komunikacji międzyludzkiej. Usłyszała, że trolejbus, autobus. Uznała to za udany żart i go przyjęto. A prawda była taka, że - jak sam Kieślowski potem przyznał - on naprawdę myślał że chodzi o te trolejbusy i autobusy...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Źródła:

Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. Leona Schillera w Łodzi – Wikipedia, wolna encyklopedia

 


www.tygodnikpowszechny.pl Człowiek wielotorowy

 


Historia | Szkoła Filmowa w Łodzi (lodz.pl)

 


Studiuj za granicą: 15 najlepszych międzynarodowych szkół filmowych - The Hollywood Reporter

 


Łódzka Filmówka drugą uczelnią filmową świata w rankingu "The Hollywood Reporter" - TVN24

 

 

 

 

 

 

Tagi:

aktor,  szkoła, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz