Podobne artykuły:

- Kilkadziesiąt lat temu, bo to było pod koniec lat 80. ub. w., przez kilkadziesiąt godzin czułem się jak prawdziwy milioner - przyznaje Adam Jarosz z Lublina. - Popularne były wówczas zakłady piłkarskie. Tak jak totolotek, tylko zamiast liczb, trzeba było obstawiać wyniki meczów piłkarskich - pierwszej i drugiej ligi. Byłem wtedy wiernym kibicem Motoru Lublin, chodziłem na wszystkie mecze, znałem nazwiska, wyniki, to była moja pasja. Były też zakłady na ligę angielską, ale ja wolałem naszą ekstraklasę. Trzeba było wytypować trzynaście wyników meczów. Nie grałem regularnie, ale zdarzały się jakieś drobne wygrane. Były to zazwyczaj drobne kwoty.

Ten weekend pamiętał przez wiele tygodni. Wytypował wyniki najbliższej kolejki ligowej, kupon schował do portfela, a wieczorem razem z żoną wybrali się na imprezę do sąsiadów.

- Było już późno, kiedy przypomniałem sobie o zakładach - wspomina. - Nie było wtedy internetu, jedynym źródłem takich informacji była telegazeta. Poprosiłem sąsiada, żeby ją włączył i zacząłem sprawdzać kupon.

 


Serce mi mocniej zabiło. Miałem dwanaście trafnie wytypowanych wyników

 


Następnego dnia był ostatni mecz, chyba grał wtedy Widzew Łódź. Z Bońkiem w składzie. Pół nocy nie mogłem zasnąć. Postawiłem w tym meczu na remis. Po południu znów byliśmy u sąsiadów. Przy wódeczce czekaliśmy na koniec meczu. W radio było transmisja. I końcowy gwizdek - remis!

Dzień wcześniej pan Adam sprawdził w gazecie, że za "trzynastkę" sprzed dwóch tygodni mógłby kupić dużego fiata. Było wtedy niewiele wygranych.

- Już widziałem siebie za kierownicą nowego auta - mówi. - Żona trochę studziła moje zapędy, powtarzała, żeby najpierw trzeba poczekać, jakie będą wygrane. I niestety miała jak zwykle rację. Była rekordowa liczba wygranych kuponów. Przez długi czas przeżywałem jeszcze ogromne rozczarowanie. Dalej jeździłem rozklekotanym maluchem. Wprawdzie wygrana nie była mała, bo dostałem wtedy równowartość dwóch niezłych pensji, ale jednak czułem zawód. Nigdy więcej już potem nic nie wygrałem.

Anna Wawrzyniak z Zamościa miała także swoje "pięć minut" w zakładach totolotka.

 


Przed laty wytypowała trafnie pięć liczb w zakładach dużego lotka

 


- U mnie w domu wszyscy grali - wspomina. - Zwłaszcza tata, który był namiętnym graczem. Oprócz totolotka, zakładów piłkarskich, rozwiązywał też krzyżówki i wysyłał rozwiązania. Czasami coś wygrywał, ale traktował to raczej jako dobrą zabawę. I mnie do tego zachęcił.

Pani Ania grała w totolotka tzw. systemem. Trafiały się od czasu do czasu marne trójki czy czwórki, ale to jej nie zniechęcało. Grała systematycznie - co tydzień.

- I w końcu trafiła mi się "piątka" - mówi. - Najgorsze to było czekanie aż podadzą wysokość wygranych. Pamiętam, że był wtedy specjalny numer telefonu i głos z automatu informował o wysokości wygranej, zawsze dzień po zakładach. Jak usłyszałam, że dostanę 20 tysięcy złotych, to aż usiadłam z wrażenia. Zarabiałam wtedy w urzędzie niecałe 12 tysięcy. To prawie dwie moje pensje. Fakt, liczyłam gdzieś po cichu, że może trafią się rekordowe wygrane, ale tym razem jednak takich "piątkowiczów" było wyjątkowo dużo. Ale i tak pieniądze wygrałam w idealnym czasie, bo akurat mieliśmy jechać na wczasy nad morze. Przydały się.

Dużo więcej szczęścia miał pan Czesław Wójcik z Kielc, który w latach 80. wygrał w loterii samochód. Był to polski fiat 125 p.

- Wtedy popularne były różnego rodzaju losy w kioskach Ruchu - wspomina. - Na szybie zawieszone były duże plansze z numerami wygranych kuponów. Nagordy były wtedy naprawdę okazałe. Można było wygrać samochód, robot kuchenny, wycieczkę zagraniczną czy pralkę. Te losy trzeba było najpierw przedrzeć, odwinąć i sprawdzić numer w tabeli. Rzadko je kupowałem, nie były zresztą wcale takie tanie. Tym razem namówiła mnie kioskarka, moja znajoma zresztą. Pamiętam, że wtedy jeszcze paliłem papierosy i jak zobaczyłem fiata przy moim numerze losu, to papieros mi wypadł z ust. Poprosiłem znajomą, żeby sama jeszcze raz sprawdziła. I był fiat.

 


Na osiedlu od razu wszyscy wiedzieli, że wygrałem. Wszyscy mi gratulowali i jednocześnie zazdrościli

 


Pan Czesław miał już wtedy samochód. Zastawę. Fiata sprzedał z dużym zyskiem sąsiadowi. Za wygraną umeblował mieszkanie, kupił kolorowy telewizor, a resztą odłożył na książeczkę oszczędnościową.

O dużym pechu może z kolei mówić pan Jan z Lubartowa, który wiele lat temu miał swoje stałe liczby w zakładach totolotka.

- Nie byłem oryginalny - mówi. - To była data mojego ślubu. Co tydzień skreślałem te same liczby i co tydzień zasilałem kasę Totalizatora Sportowego. Nic nie wygrałem. Za którymś razem przegapiłem, nie puściłem kuponu, a wtedy mogłem mieć "piątkę". I to z niezłą wygraną. Te stałe liczby niosą ze sobą duże niebezpieczeństwo. Nie gram w lotto już od wielu lat, ale boję się też sprawdzać - nawet przypadkowo - obecnie wylosowane liczby. Nie wiem, jak bym zareagował, gdybym dziś czy jutro dowiedział się, że rekordowa wygrana przypadła akurat na "moje" liczby.

 


Wciąż na swoją szczęśliwą "szóstkę" czeka Marek Krawczyk z Lublina, który od lat regularnie wysyła kupony

 


Jak na razie poza kilkoma "czwórkami" i jedną "piątką", główna wygrana pozostaje wciąż w sferze marzeń.

- Mam już ponad 70 lat - mówi. - Te kupony już mi tak weszły w krew, że raz w tygodniu muszę je wysłać. Kiedyś w kolekturze mieliśmy ze znajomymi taki punkt kontaktowy. Zawsze w piątek o 16 się tu spotykaliśmy, wypełnialiśmy kupony, potem były dyskusje, siadaliśmy na ławce. Dzisiaj to już wszystko robią automaty, nie ma już tej atmosfery.

Pan Marek wciąż wspomina jednego ze swoich znajomych, który podobnie jak on, regularnie grał w totolotka. I kilkadziesiąt lat temu trafił szóstkę.

- Było głośno o tym - mówi pan Marek. - Pracowaliśmy w jednym zakładzie. On był robotnikiem. Tak jak ja. Kiedy wygrał, wszyscy mu tego zazdrościliśmy. Jednak skończył marnie. Sprzedał mieszkanie, rozwiódł się i wyjechał do Warszawy. Zerwał wszelkie kontakty z rodziną, znajomymi. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że wykończył go alkohol. Wszystko stracił. Zmarł w swoim mieszkaniu. Ale to był jedyny mój znajomy, który wygrał w zakładach duże pieniądze. Ja wciąż liczę, że i do mnie się los kiedyś uśmiechnie. Nigdy się nie zastanawiałem, co bym zrobił z tak dużą wygraną. Na pewno nie wydałbym na alkohol. Lekarz mi zabronił. Nawet piwa.

Tagi:

lotto,  wygrana, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót