Jacek już od małego miał pod górkę. Wszystko przez wypadek ojca. Pijany kierowca wjechał w tył jego auta. Uszkodził kręgosłup. Uraz był na tyle poważny, że do dzisiaj z trudem się porusza. Wielomiesięczne rehabilitacje, zabiegi, pomogły na tyle, że z trudem to z trudem, ale przynajmniej może dziś samodzielnie pójść chociażby do toalety. Ale o żadnych cięższych domowych pracach nie mogło być mowy.

- Wszystko musiałem sam robić w domu - mówi. - Jak to na wsi, zajęcia nie brakowało. Mama też była chorowita, często nie miała siły nawet wstać z łóżka. Ale i tak sprzątała, gotowała, prasowała. I do tego miała jeszcze mnie na głowie. Nie było nam lekko. Ojciec po wypadku dostał niewielką rentę. Był stolarzem. Wcześniej miał nawet sporo zamówień. A to drzwi, a to altanka, albo drewutnia. Potem brał jakieś lżejsze prace i dorabiał, ale nie były to duże pieniądze. Mieliśmy trochę pola, rodzice je po wypadku ojca wydzierżawili. Luksusów w domu nie było, ale jakoś dawaliśmy radę. Rodzice byli bardzo kochającą się parą, wspierali się wzajemnie, byli czuli dla siebie. Nie wstydzili się swoich uczuć, często trzymali się za ręce. Tak jest do dzisiaj.

 


Jacek od dziecka interesował się motoryzacją. Ciągnęło go do samochodów

 


Ojciec miał kiedyś starego volkswagena. To w niego wjechał ten pijany kierowca. Nie nadawał się do remontu. Oddali go na złom.

- Już w technikum dorabiałem w warsztacie samochodowym - mówi Jacek. - To był jedyny zakład w okolicy - w sąsiedniej wsi. Właścicielem był dobry kolega ojca, znali się jeszcze ze szkoły. Wiedział, że w domu u nas się nie przelewa, a że miałem smykałkę do tego fachu, to był zadowolony, że ma takiego pomocnika. To był starszy już człowiek, surowy, wymagający, ale solidny i sprawiedliwy. Nie płacił zbyt wiele, ale zawsze w terminie, uczciwie.

Jacek nie kaprysił. W najbliższej okolicy nie było innej pracy. Mógł jeszcze czegoś szukać w miasteczku, ale to było ponad 25 kilometrów od domu. A i tam nie było z pracą zbyt różowo. Był wprawdzie warsztat, ale prowadziło go dwóch braci. Nie potrzebowali pracownika. Mógł jeszcze próbować w jedynej hurtowni budowlanej czy na składzie drewna, ale tam też płacili niewiele, a musiałby dojeżdżać. A to dodatkowe koszty.

 


- Nie miałem zbyt dużego wyboru - tłumaczy. - Musiałem się opiekować rodzicami, zwłaszcza, że mama wciąż czuła się kiepsko. Zresztą mieli już swoje lata i nie łudziłem się, że będzie z nimi lepiej

 


Lubił pracę w warsztacie. Szybko się uczył, właściciel był z niego zadowolony. Traktował go jak syna. Problemem był jego syn. Od samego początku nie darzył Jacka sympatią. Był dużo starszy od niego, zarozumiały i wtrącał się do jego pracy. Często też krytykował, zwłaszcza jak był po alkoholu. A był niemal codziennie. Pewnego dnia, kiedy Jacek jak zwykle rano dojeżdżał swoim skuterem do warsztatu, to zauważył stojącą na posesji karetkę.

- Lekarz tylko bezradnie rozłożył ręce - wspomina Jacek. - Pan Stanisław, właściciel warsztatu miał kolejny zawał. Nie przeżył.

Po jego śmierci warsztat przejął syn. Dla Jacka nie był to najlepszy okres.

- Jak był trzeźwy, to jeszcze można było wytrzymać - mówi. - Jak wypił i nie poszedł spać, to potrafił stać pół dnia i szukać zaczepki. Ciągle mu coś nie pasowało. A to, że za długo schodzi mi na wymianie tłumika, a to, że nie mogę zostać po godzinach. I tak w kółko. Nie znał się na robocie, tyle co podpatrzył u ojca, ale chciał mi koniecznie pokazać, kto tu rządzi. Te wszystkie jego uwagi i zaczepki starałem się olewać, ale to już nie była praca, do której wcześniej co rano brałem się z uśmiechem na ustach.

 


Najbardziej nie znosił, kiedy Jurek chciał naciągać klienta. Buntował się wtedy

 


- Większość to byli jego znajomi, koledzy - mówi Jacek. - Do warsztatu nie przyjeżdżał ktoś z ulicy, przypadkowy klient. Takich nie było. Na wsi prawie każdy potrafi zrobić proste rzeczy przy samochodzie. Do mnie przyjeżdżali, kiedy była to poważniejsza usterka, albo taka, gdzie trzeba było mieć komputer, narzędzia. Jurek nie rozumiał, że nie można za takie usługi brać tyle, co w dużym mieście, bo to nie ten rynek. A on czasami brał ceny z sufitu, czym zniechęcał ludzi. Do tego "przycinał" na częściach. Przegiął, kiedy chciał, żebym zamontował używaną przekładnię do audi, a on miał wziąć pieniądze od klienta jak za nową. To już był chamski numer. Wtedy zaczął wrzeszczeć, że jak tego nie zrobię, to mogę już do roboty nie przychodzić.

 


Długo się nie zastanawiał. Rzucił kluczem o podłogę i zostawił swojego szefa z rozbabranym na kanale peugeotem, w którym wymieniał rozrząd

 


- Całe życie brzydziłem się złodziejstwa i oszustwa - mówi. - Rodzice mnie tego nauczyli. Pan Stanisław mi też zawsze powtarzał, że chytrość do droga donikąd. Że jak się raz klienta skrzywdzi, to on więcej nie wróci. Szkoda, że jego syn tego nie rozumiał. Ale on miał kantowanie we krwi. Kiedyś go nawet nakryłem, jak z jednego z samochodów spuszczał paliwo. Udałem, że tego nie widzę, ale to był taki typ człowieka. Potrafił się połakomić nawet na te kilka złotych.

Skończyła się praca w warsztacie, skończyły się też pieniądze, które jednak co miesiąc dostawał. Nie to było jednak najgorsze. Jacek po tej awanturze postanowił, że otworzy swój warsztat. Nie przypuszczał jednak, że były szef wypuści go z "wilczym biletem".

- Jakieś dwa tygodnie po tym zajściu dowiedziałem się, że jestem oszustem i kanciarzem - mówi Jacek. - A powiedzieli mi to koledzy, których spotkałem pod naszym wiejskim sklepem. To taki punkt kontaktowy mieszkańców. Za sklepem stoi ławeczka i w lecie, wieczorami, spotykają się tu miejscowi przy piwie.

Jacek rzadko uczestniczył w tych "obradach", ale tego dnia akurat dosiadł się do kilku znajomych. Byli już po kilku piwach.

 


Jeden z nich od razu spytał Jacka, co on za numery w warsztacie wyprawiał, że Jurek go wyrzucił na zbity pysk z roboty

 


- Zamurowało mnie - mówi nasz bohater. - Okazało się, że następnego dnia po tej aferze, Jurek przywiózł swojego kuzyna, też mechanika, który dokończył naprawę tego audi. Włożył używaną przekładnię. Tak jak Jurek zaplanował. A klient się zorientował. Wtedy zwalił całą winę na mnie. Że on o niczym nie wiedział i za to mnie wywalił z roboty. Wymienił też klientowi w ramach przeprosin przekładnię na nową.

Jacek od razu pojechał do byłego szefa. Był sam w warsztacie. Pijany w sztok. Nie dało się z nim porozmawiać. Bełkotał tylko, że on Jacka zniszczy. Nawet nie mógł go uderzyć, bo Jurek ledwo stał na nogach.

Od tego czasu minęło już pół roku. Jacek dopiął swego. Ma swój warsztat. Dostał 35 tysięcy dofinansowania z urzędu pracy. Niewiele. Kupił za to to profesjonalny podnośnik. Używany. Do tego trochę narzędzi.

- Mam klientów - mówi. - Nie ma z tego kokosów, ale coś tam zarabiam. Zawsze to jakiś dochód co miesiąc.

Najbardziej go boli jednak, że może i na wsi wierzą w jego uczciwość, ale niektórzy wciąż pamiętają o tych oskarżeniach Jurka. Choćby nawet niby w żartach.

- Kilka dni temu usłyszałem od znajomego ojca, który przyjechał na wymianę chłodnicy, żeby mu tylko jakiejś starej nie wcisnął - mówi Jacek. - I zażartował, że swoją nową pozna, bo zrobił w niej dużą dziurę. Niby to miało być śmieszne. Nie było. Zacisnąłem jednak zęby i wymieniłem tę chłodnicę. Sprawdziłem też, bo prosił, luz w zawieszeniu. I był. I to całkiem spory. Końcówka drążka ledwo się kupy trzymała. Ten znajomy ojca twierdził, że dwa miesiące wcześniej wymieniał je u mojego byłego szefa. Jurek zapewniał go, że założył mu markowe i oryginalne. Sporo zapłacił. Pokazałem mu te "markowe" końcówki, które według katalogu kosztowały jedną czwartą tego, co mój szef-oszust od niego wydarł. Wściekły od razu pojechał do niego z piskiem opon. Tym razem już nie zwali na mnie winy...

 


 

 

 

Tagi:

samochód,  mechanik, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz