Rozmowa z Markiem Kwiatkowskim, sprzedawcą używanych aut z Lublina

 


Jak się zaczął rok w branży?

- Beznadziejnie. Klientów jak na lekarstwo. Czasami ktoś zadzwoni, na tym koniec. Zastój totalny.

To jak pan na tym wychodzi?

- Mam też niewielki warsztat samochodowy, do tego sprzedaję części używane. Warsztat mam przede wszystkim na swoje potrzeby, ale czasami trafi się klient z zewnątrz.

Skąd pan ściąga samochody?

- Francja, Szwajcaria, czasami Włochy. Od niedawna mam też samochody ze Szwecji. Są zazwyczaj dobrze wyposażone, mają pełną dokumentację i potwierdzone przebiegi oraz serwisy. O to często pytają klienci.

Sam pan jeździ po nie?

- Kiedyś tak. Teraz to wygląda trochę inaczej. Mam znajomych, którzy jadą tam lawetą i jak widzą na tzw. placu coś ciekawego, to dzwonią do mnie. Robią zdjęcia albo filmik. I kupuję albo nie. Czasami kupuję też auta na aukcjach internetowych. W dobie internetu nie jest to żaden problem.

W ciemno pan kupuje?

- Ryzyko jest zawsze. Siedzę w tej branży jednak już tak długo, że potrafię ocenić, czy dany samochód jest warty tych pieniędzy, czy nie. Czasami przepłacam, bo się potem okazuje, że naprawa uszkodzonego auta nie będzie jednak taka tania. Tak miałem niedawno z jednym z citroenów. Miał mieć coś ze sprzęgłem. Cena była atrakcyjna. Okazało się, że to "coś" to był uszkodzony moduł. Nie ma żadnych podróbek, zamienników. Do dostania tylko w serwisie i to za kilka tysięcy złotych. Na tym samochodzie wyszedłem na zero. To i tak nieźle, bo kolega miał podobną sytuację. Myślał, że do dacii duster dostanie tanie części karoserii. I się przeliczył. Ale wie pan, już tyle lat ściągam te samochody, a za każdym razem, jak coś zjeżdża z lawety, to czuję dreszczyk emocji. Tak też często klienci kupują u mnie samochody. W ubiegłym roku miałem klienta nawet z Hiszpanii. Zobaczył ogłoszenie w internecie, wysłałem mu zdjęcia, trochę spuściłem z ceny i za tydzień przyleciał samolotem. Odjechał toyotą ode mnie.

Ile kosztuje taki transport do Polski?

- To zależy od odległości. W moim przypadku to od 1700 do 2500 zł za jeden samochód. Na lorę wchodzi 8-9 aut. Zdarza się, że cały transport jest dla mnie, albo ktoś ze znajomych z okolicy "podłącza się" do kursu.

Zawsze kupuje pan rozbite albo uszkodzone auta?

- To zależy co się trafi. Są klienci, którzy szerokim łukiem obchodzą auto, które miało lekką stłuczkę na parkingu. Nie mam pojęcia, skąd u niektórych przekonanie, że taki samochód jest w ich oczach "zdyskredytowany". I wolą taki o wiele większym przebiegu, w gorszym stanie, ale nie "bity".

Ile zarabia pan na samochodzie?

- Tu nie ma żadnej reguły. Do jednego można dopłacić, a na innym zarobić nawet kilkadziesiąt tysięcy. Takie "strzały" zdarzają się jednak stosunkowo rzadko.

A najwięcej ile pan zarobił?

- Kilka lat temu ściągałem z Francji nietypowe, dość drogie auto. Mniejsza o markę. Miało niewielki przebieg, pierwszego i jedynego właściciela i diagnozę - uszkodzony silnik. Naprawa we Francji nieopłacalna. Cena na tyle atrakcyjna, że po naprawie w Polsce i tak bym zarobił. To była kwestia klienta. Zaryzykowałem. Laweta przyjechała z samego rana, a wieczorem już tym samochodem jeździłem. Do dzisiaj jestem wdzięczny francuskim mechanikom, którzy postawili błędną diagnozę. Naprawa kosztowała mnie kilkaset złotych. Zarobiłem ponad 30 tys. zł.

O co najczęściej się dzisiaj pytają klienci?

- Jest moda na suvy i małe, miejskie samochody z niewielkim przebiegiem. O suvy - co ciekawe - bardzo często pytają kobiety. Twierdzą, że mniejszymi autami boją się wjechać np. na krawężnik. A w suvie widzą wszystko "z góry" i czują się pewniej.

A "elektryki"?

- Jeśli już, to raczej hybrydy i to starsze, np. toyoty prius. To jeszcze nie jest rynek, zwłaszcza w Polsce. Wystarczy, że na termometrze pojawi się mróz, a zasięg takich aut spada o połowę. To co, wyjadę za rogatki i tyle?

A są chętni na naprawdę stare auta?

- Oczywiście. Tu widzę spory potencjał. Takie auta, zwłaszcza z potężnymi silnikami podrożały i to znacznie. Wiele osób kupuje takie samochody, żeby nawet jeździć nimi okazjonalnie. Wiedzą, że już nowego auta z "prawdziwym" silnikiem 4-czy5-litrowym już nie kupią. Takich się już nie produkuje. Litr czy półtora pojemności to jest teraz standard.

A jak wygląda sytuacja z częściami zamiennymi? W starych samochodach może się ciągle coś psuć...

- Nowe też się psują. Ale to już inny problem. Części generalnie podrożały. I to dużo. Od kiedy Anglia wyszła z Unii, to skurczył się też rynek części używanych. Jeszcze do niedawno można było w miarę tanio kupić takie części z "anglików". Teraz jest z tym problem. Podrożały też usługi. Ceny za naprawy blacharskie już w ubiegłym roku poszybowały w górę. Już nie ma malowania elementu za 200 złotych. Trudno znaleźć też fachowca, który zrobi to porządnie za dwa razy taką kwotę. Jeśli chcemy to zrobić w pełni profesjonalnie, to trzeba się liczyć z kwotami powyżej 1000 złotych. Jest też problem z naprawą elektroniki. Ja przez te wszystkie lata poznałem chyba wszystkich elektroników w okolicy. I tylko jeden jest naprawdę w tym dobry. Jedyny minus, to kolejki do niego. Czeka sie miesiącami.

Są samochody, które się nie sprzedają?

- Oczywiście. W życiu nie sprzedałbym fiata multipli. Patrzeć na to się nie da. To najbrzydszy samochód świata. Ciężko byłoby też sprzedać pięciolitrowego touarega V10, który pali w mieście 20 litrów oleju napędowego.

 

Tagi:

samochód,  handel,  komis, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz