Rozmowa z Natalią Lejbman, zastępcą dyrektora Bydgoskiego Zespołu Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych

 


Pamięta pani szczególnie drastyczną historię z pracy w pogotowiu opiekuńczym?

 


- Wiele ich było. Najbardziej utkwiła mi jednak w pamięci ta, która wydarzyła się w Dzień Matki. Do ośrodka przyszła młoda, dość schludnie ubrana kobieta. Obok niej stał półtoraroczny synek. Ledwo chodził. Pani stwierdziła, żebyśmy wzięli to dziecko, bo ona nie będzie się nim opiekować. Jej motywacją do takiego kroku była chęć zmuszenia partnera – ojca chłopca do ponownego związku. Chłopczyk trafił do rodziny zastępczej.

 


A matka?

 


- Wyszła sama. W takich sytuacjach najważniejsze jest dobro dziecka. Mamy swoje procedury. Jeśli ojciec czy matka przyprowadza dziecko i mówi, że go nie chce, to najczęściej  oznacza, że mamy do czynienia z głębokim kryzysem. Nawet po rozmowie z taką osoba, której tłumaczymy, gdzie może szukać pomocy, wskazujemy różne możliwości wsparcia, nie mamy żadnej pewności, że dziecko jest już bezpieczne. To jest podobna sytuacja, kiedy pasażer samolotu dla żartu mówi, że ma przy sobie bombę. W takich sytuacjach takie deklaracje zawsze są traktowane poważnie - ze wszelkimi konsekwencjami. Każdorazowo powiadamiamy o tym sąd rodzinny. On decyduje co dalej.


Często są takie sytuacje?

 


- Bardzo. Kiedyś przyszła do nas także kobieta z partnerem i trójką dzieci. Maluchy. Stwierdziła w drzwiach, że chce je zostawić. Tłumaczyła, że nie ma pieniędzy, nie ma gdzie mieszkać, a tak w ogóle to nie chce wychowywać dzieci. Zaproponowaliśmy pani, że możemy ją zakwaterować, gdzie będzie mieszkać razem z dziećmi i to w godziwych warunkach. Podziękowała. Odmówiła jakiejkolwiek pomocy. Chciała się jedynie ich pozbyć. Mieliśmy też matkę, która chciała zostawić swojego syna chociaż na weekend. Tłumaczyła, że zaplanowała sobie imprezę z partnerem. Dzieci by jej tylko w tym przeszkadzały. Nie brała w ogóle pod uwagę, jakie to może być traumatyczne przeżycie dla malucha. Naszą placówkę potraktowała jak schronisko, gdzie można przechować dziecko, bo akurat ma coś ważniejszego na głowie.

 


Można jakoś wytłumaczyć takie sytuacje?

 


- Sam mechanizm tak, ale żeby to usprawiedliwić w jakikolwiek sposób - to w żadnym wypadku. W swojej pracy spotykam się często z typowo roszczeniową postawą takich osób. Uważają, że po to są takie instytucje jak nasza, żeby im pomagać. Takie postawy i podobne sytuacje nasiliły się szczególnie, kiedy wprowadzono m.in. 500+. Wiele rodzin na tym zyskało. Widać było, że jest to dla nich ogromne wsparcie. Dla części rodzin - tak wynika z moich obserwacji - poszło to w zupełnie innym kierunku. Niedawno byłam na jednej z wielu spraw w sądzie. Dotyczyła przekazania dzieci do pieczy zastępczej. Matka nie radziła sobie z ich wychowaniem. Na pytanie sądu, z czego się dotychczas utrzymywała, odparła, że z 500+, alimentów, zasiłków. Sędzia jeszcze raz się spytała, że chodziło jej nie o to, z czego utrzymywała dzieci, ale skąd miała pieniądze na swoje utrzymania. Padła ta sama odpowiedź. Inny rodzic, który na swoje dzieci otrzymywał różne zasiłki i świadczenia na kwotę ponad ośmiu tysięcy złotych też twierdził, że nie stać jej na wychowanie dzieci. Była zdziwiona, kiedy sąd ją spytał, czy nie planowała podjąć pracy. Dodała, że jej partner dorabia. Nie chcę generalizować tego problemu, ale mieliśmy w naszej placówce wiele osób, które to na nas chciały przerzucić obowiązek i wychowania, i utrzymania ich dzieci. Byli tacy, którzy chcieli wymuszać wręcz na nas, jak mamy zaspokajać potrzeby powierzonych nam dzieci, często zaniedbanych pod względem emocjonalnym, rozwojowym, zdrowotnym czy edukacyjnym. Naszym głównym zadaniem jest podjęcie działań w celu powrotu dziecka do rodziny pochodzenia, po wyeliminowaniu czynnika czy czynników, które spowodowały odebranie dzieci rodzicom.


Zaspokajacie te potrzeby?

 


- Placówki w całej Polsce - takie jak nasza - robią co mogą, żeby tym dzieciom nie działa się krzywda, dajemy im poczucie bezpieczeństwa i azylu. Przerażająca jest obecna sytuacja pieczy zastępczej, w której bywa, że brakuje czasami miejsc. Nawet na forach internetowych, w mediach społecznościowych zamieszczane są informacje o poszukiwaniu rodzin zastępczych, miejsc, gdzie mogłyby te dzieci doraźnie przebywać. Ich dotychczasowe doświadczenia związane z szeroko rozumianą przemocą czy porzuceniem przez rodziców, to bagaż traumatycznych przeżyć i większość z nich przez lata, a niektóre nigdy się z tego nie otrząśnie.

 


Co można zatem zrobić?

 


- W trybie pilnym tworzyć wszelkiego rodzaju formy interwencyjnej pomocy; ośrodki, instytucje opiekuńczo-wychowawcze to tylko pomoc doraźna. Tu i teraz. Najlepszym rozwiązaniem dla dzieci szczególnie tych, do 10. roku życia jest rodzina zastępcza. Nie każdy jednak potrafi lub chce taką rodzinę stworzyć. Musimy jednak - jako państwo - zrobić wszystko, żeby takich rodzin oraz instytucjonalnych form pomocy było jak najwięcej.

 


 

 


 

 

 

 

Tagi:

dziecko,  pogotowie,  sierociniec, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz