Partner: Logo FacetXL.pl

Zawsze marzył z żoną, żeby zamieszkać w tym miasteczku. Wyobrażali sobie, jak siadają rano z filiżanką kawy na tarasie i podziwiają przepiękne widoki okolic. A było na co popatrzeć: mieniące się kolorami wzgórza, Wisła w dole i żółte pola rzepaku na wiosnę.

- Pierwszy raz byłem tutaj jeszcze na wycieczce szkolnej - mówi Leszek. - Zapamiętałem rynek, zabytkowe kamieniczki i kocie łby na wielu ulicach.

Potem spędzał tu kilka razy sylwestra, kawalerskie najlepszego kumpla i czasami weekendy.

 

- Z żoną byliśmy zakochani w tym miasteczku - mówi. - Był okres, kiedy przyjeżdżaliśmy tu po pracy - nawet na godzinkę, żeby wypić kawę na rynku, przejść bulwarem i wrócić w nocy do domu.

 

To raptem 80 kilometrów. Z Elą siadali czasami wieczorami w domu przed laptopem i przeglądali oferty nieruchomości w miasteczku. Ceny jednak powalały na kolana.

- To przeglądanie ofert było dla nas świetną rozrywką - podkreśla Leszek. - Gdybyśmy nawet jakimś cudem kupili dom, to pozostawała jeszcze kwestia pracy. A codzienne dojazdy nie wchodziły raczej w rachubę. Ale mieliśmy swoje marzenia. I tak to traktowaliśmy.

Miasteczko znali jak własną kieszeń. Znali tu prawie każdą ścieżkę, skrót, wiedzieli gdzie można smacznie i niedrogo zjeść. Mnóstwo czytali o historii okolic, wspomnienia, pamiętniki. Zaprzyjaźnili się nawet z miejscowym, starszym panem, który kilka razy oprowadził ich po okolicznych wąwozach i opowiadał takie historie, o jakich nigdy nie czytali w żadnym przewodniku.

- Obiecał, że jak będzie słyszał o sprzedaży jakiegoś domu, to da nam znać - mówi Leszek. - Liczyliśmy, że może trafi się jakaś okazja i będzie nas stać na kupno - nawet czegoś niewielkiego, żeby może zamieszkać tu na emeryturze.

 

Trzy lata temu ich marzenia się spełniły. Kupili stary, drewniany, ale w niezłym stanie dom. Od rynku raptem kilkanaście minut spacerkiem.

 

- To była okazja - mówi Leszek. - Mieliśmy trochę oszczędności, resztę pożyczyliśmy od rodziny. Niedużo, 120 tysięcy.

Decyzję podjęli w ciągu kilku godzin. Wszystko im się podobało. W domu można było od razu zamieszkać. Dom wymagał pracy, podobnie jak działka, ale można to było robić etapami i nie wymagało to Bóg wie jakich pieniędzy.

- Dom był w sam raz dla nas - podkreśla Leszek. - Raptem niecałe 90 mkw. Strych, który można byłoby kiedyś zagospodarować. Budynek był na solidnej podmurówce, miał przeszkloną, sporą werandę i porządny dach. Poprzedni właściciele kilka lat temu wymienili na nim gont, zrobili remont instalacji elektrycznej, a trzy lata temu założyli fotowoltaikę. To byli już starsi państwo, zabrał ich syn do siebie - do miasta.

 

Największy problem mieli na początku z sąsiadami. Nie zaakceptowali "nowych"

 

- Nie wierzyli, że kupiliśmy ten dom, żeby w nim mieszkać - mówi Leszek. - Bali się, że zrobimy tu jakiś mały pensjonat, knajpę, albo będziemy go wynajmować turystom. Do tej pory mieli tu raczej względny spokój, a z poprzednimi właścicielami znali się od wielu lat i wzajemnie sobie zawsze pomagali. Jakoś w końcu przełamaliśmy lody, kiedy w końcu przekonali się, że nie mamy zamiaru tu niczego robić na wynajem.

 

Leszek z Elą zdecydowali się na kupno domu i przeprowadzkę, ponieważ pomogła im w tym...pandemia. Kiedy wybuchła, obydwoje przeszli na pracę zdalną.

 

- Jako grafik komputerowy nie potrzebowałem jeździć codziennie do biura - mówi Leszek. - Ela z kolei swoją pracę dziennikarską mogła spokojnie wykonywać w domu.

Doskonale pamiętają ten pierwszy, wyjątkowo ciepły jak na jesień wieczór w swoim nowym domu.

- Było tak, jak sobie wymarzyliśmy - przyznaje nasz bohater. - Wisły wprawdzie nie było widać z naszego domu, ale widok i tak był wspaniały. Wokół cisza, spokój. Byliśmy przeszczęśliwi. Zima była nawet dosyć mroźna, ale dom okazał się wyjątkowo ciepły.

Poza najbliższymi sąsiadami nie mieli wielu nowych znajomych. Co jakiś czas odwiedzali ich przyjaciele, byli też z pracy. Wszystkim się bardzo podobało. Nie mogli uwierzyć, że w miasteczku jest tak pusto, cicho. W nielicznych lokalach, które były otwarte, klientów było jak na lekarstwo. Życie towarzyskie praktycznie zamarło.

 

Pierwszy sezon turystyczny, który spędzili już jako mieszkańcy, a nie turyści sprowadził ich na ziemię

 

Z sennego i malowniczego miasteczka zrobił się typowy, turystyczny grajdoł. - Jako turyści nigdy nie przejeżdżaliśmy tu w długie weekendy, czy też jak były jakieś duże imprezy - wyjaśnia Leszek. - Jeśli nawet już, to szerokim łukiem omijaliśmy centrum, tylko spacerowaliśmy gdzieś po okolicznych wąwozach czy wędrowaliśmy polnymi drogami po okolicy. Na rynku nie było nawet gdzie szpilki włożyć. Koszmar.

W długi, majowy weekend przeżyli szok. Piękna, słoneczna pogoda ściągnęła do miasteczka tłumy turystów. Po pandemii, izolacji, ludzie gremialnie ruszyli do nadrobienia turystycznych zaległości.

- I w niedzielny poranek nie mogliśmy wyjechać z posesji - mówi Leszek. - Tuż za bramą ktoś tak zaparkował, że nasz szeroki jeep nie mógł przejechać. Do kościoła poszliśmy spacerkiem. Takich tłumów w mieście to jeszcze dotychczas nie widzieliśmy. Samochody stały wszędzie, parkingi były przepełnione. Wieczorem planowaliśmy z Elą kolację w naszej ulubionej tawernie, ale jak zobaczyliśmy, co się dzieje w centrum, to daliśmy sobie spokój.

Tak wyglądało ich życie praktycznie do końca wakacji. Kolejny rok był podobny.

- Nie to było jednak najbardziej dołujące - przyznaje Leszek. - Przyznaję, że decyzja o przeprowadzce była błędem. O wiele bardziej podobało nam się tutaj, jak przyjeżdżaliśmy od czasu do czasu; wszystko nas wtedy zachwycało, miało swój osobliwy urok. Jak zamieszkaliśmy, to z czasem to wszystko tak spowszedniało, że już nawet nie chciało nam się jeść kolacji na dworze i oglądać zachodu słońca, bo było coś ciekawego w telewizji. Na początku każdy spacer to były "ochy" i "achy"; potem frustracja, że nie da się przejść chodnikiem, bo było tylu turystów.

Problemem stały się też zakupy. Leszek z Elą starli się wszystko kupować w dużych marketach - ale nie u siebie.

 

Bo ceny były tak wyśrubowane, że nawet znajomi, którzy ich odwiedzali, narzekali na drożyznę

 

- Kiedyś porównałem ceny, to wyszło, że mięso czy ryby są o 10-12 zł za kilogram droższe niż w sąsiednim mieście - mówi Leszek. - Nawet woda mineralna jest u nas droższa o 30-40 procent. A warto dodać, że w miasteczku mamy jeden, duży sklep.

Sami mieszkańcy, w tym Leszek i Ela, którzy nie czerpią zysków z turystyki, najchętniej pogoniliby turystów w diabły.

- Niektórzy mówią na nich "stonka" - mówi Leszek. - My też kiedyś z żoną byliśmy takimi "stonkami", ale teraz patrzymy na to z tej drugiej strony. I rzeczywiście, trudno nam się teraz do tej "stonki" przyzwyczaić.

Niedawno mieli zapowiedzianą wizytę gości. To znajomi Eli; jeszcze ze studiów. Umówili się na jeden z weekendów. Ela wysłała im "pinezkę", żeby nie błądzili. Zadzwonili z trasy, że zostało im 10 kilometrów. Dojechali do nich po godzinie.

- Tyle zajęło im pokonanie tego odcinka - mówi Leszek. - Wiedzieliśmy, że knajpa nie wchodzi w rachubę, zrobiliśmy grilla, nawet nosa z posesji nie wyściubiliśmy. Dopiero w poniedziałek rano poszliśmy pokazać im rynek i centrum. Dało się przejść. Wreszcie było w miarę pusto.

W "normalne" dni można nieco odpocząć od tłumu zwiedzających, krzyków i gwaru. Kiedy zbliża się weekend, zwłaszcza pogodny lub zaczyna się duża impreza w miasteczku, wielu mieszkańców wyjeżdża stąd jak najdalej.

- Tak robią nasi sąsiedzi cztery posesje dalej - mówi Leszek. - Ich dom jest przy skrzyżowaniu z drogą, która prowadzi do dużego pensjonatu. Tuż za płotem mają parking dla gości. Mówią, że jak dużo osób, to nie da się wysiedzieć na działce. Przed bramą umieścili tabliczkę z prośbą o nieparkowanie w tym miejscu. Mało kto zwracał na to uwagę. W końcu pomogło, jak do dwóch metalowych prętów przymocowali taśmy ostrzegawcze. Ci sąsiedzi właśnie często wyjeżdżają na wieś do domu po dziadkach. Tam mogą w weekend odpocząć. Wracają w niedzielę późnym wieczorem, kiedy nie ma już u nas tylu turystów.

 

Leszek z Elą starają się w weekendy nie wychodzić z domu

 

Od kiedy zamontowali na ogrodzeniu siatkę maskującą, to nie muszą oglądać "stonki" na chodniku. A i nikt im nie zagląda na posesję. Tyle intymności przynajmniej mają.

- Nie wiem, co będzie dalej - kończy Leszek. - Spełniamy swoje marzenia. Rzeczywistość jednak nam przytłacza. Nie jesteśmy na pewno jedynymi, którzy mają powoli dość tego miejsca. W miasteczku jeszcze nigdy nie było tylu ogłoszeń o sprzedaży posesji czy domu. Powiem wprost: tu się nie da normalnie żyć. Wszystko przez te tłumy turystów. Jak zaraza. Co nas podkusiło sprzedać mieszkanie? Mieliśmy tam taki spokój...

 

 

 

 

Tagi:

turystyka,  zwiedzanie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz