Partner: Logo FacetXL.pl

Rozmowa z Leszkiem Plebańskim, przewodnikiem turystycznym po Roztoczu

 


Jak się zostaje przewodnikiem?

- Z pasji. Od dziecka mnie wszystko interesowało. Zawsze miałem mnóstwo pytań. Rodzice wysłali mnie na kolonie już jako sześciolatka. Byłem najmłodszym uczestnikiem. Do dzisiaj pamiętam widok czerwonych łanów róż w okolicach Puław. Już wtedy musiałem wiedzieć, dlaczego są czerwone, skąd się tu wzięły itd. Zamęczałem wszystkich pytaniami. Teraz role się odwróciły. Dzisiaj to ja jestem przepytywany przez turystów. Wcześniej pracowałem w telekomunikacji. Dzięki koleżance z pracy ukończyłem kurs na przewodnika, który trwał wiele miesięcy. Czekałem na ten kurs aż osiem lat. Egzamin wymagał naprawdę dużej wiedzy historycznej czy geograficznej. Do dzisiaj jestem wdzięczny mojemu tacie, który przez lata zbierał książki historyczne - często unikatowe. Miał zaprzyjaźnionego antykwariusza w Lublinie, który zawsze zostawiał dla niego najbardziej interesujące pozycje. Te książki są prawdziwą skarbnicą wiedzy. To nie jest powierzchowna wiedza internetowa.

Skąd pomysł akurat na Roztocze?

- Mając czternaście lat byłem tu na pierwszym moim obozie wędrownym i zostałem do dzisiaj. Kocham Roztocze. Jako młody jeszcze chłopak wędrowałem po lasach i z wykrywaczem metalu - zrobionym na zamówineie w Hrubieszowie - szukałem tu różnych artefaktów. To była moja pasja. Część znalezisk z moim udziałem można dziś oglądać m.in. w Muzeum Wsi Krasnobrodzkiej. Jeździłem w różne zakątki Roztocza, szukałem miejsc wojennych potyczek i zawsze przywoziłem stamtąd też fascynującą historię, jak np. o awaryjnym lądowaniu niemieckiego messerschmitta pod Suścem. Jego część skrzydła służy do dziś jako kładka przez rzekę. Niemcy - jak się okazało - samolot naprawili, ale z nieznanych przyczyn nie mógł się wzbić w powietrze i go podpalili. Jak wobec takich niesamowitych historii miałem opuścić Roztocze? W końcu kupiłem w Suścu działkę budowlaną, dokupiłem pole, zbudowałem dom i wciąż nie mogę się nacieszyć moim Roztoczem.

Co takiego jest tu fascynującego?

- Wszystko. Niewiele osób wie, że Roztocze jest najbardziej nasłonecznionym regionem Lubelszczyzny, lub że tutaj najdłużej leży śnieg. Tutaj także przebiega geologiczna granica między Europą Zachodnią i Wschodnią. Podobnie jak dawne granice zaborów. Skutki tego widać do dziś chociażby w różnorodności budowli sakralnych, różnicach kulturowych, technologicznych czy nawet kulinarnych. I to na niewielkiej przestrzeni.

Z jakimi grupami turystów jest najwięcej problemów?

- Unikam jak ognia pielgrzymek. Mam z nimi same złe doświadczenia. Księża potrafią czasami tak zdezorganizować imprezę, że cały plan wycieczki bierze w łeb. Zdarza się, że mamy np. umówione zwiedzanie Suśca, a ksiądz w autokarze mówi, że lepiej jedźmy do Horyńca. Nie pomagają żadne argumenty, że jesteśmy już gdzieś umówieni, że ktoś na nas czeka. Często są to też grupy bardzo roszczeniowe. Zawsze staram sie dojechać do grupy gdzieś na trasie. I umawiamy się w tym samym miejscu na koniec wycieczki. Bywało tak, że ksiądz w ostatniej chwili zmieniał trasę i zostawiali mnie kilkadziesiąt kilometrów od mojego auta. O wiele bardziej już wolę wycieczki z udziałem dzieciaków.

Na wycieczkach rozmawia się o polityce?

- Mam swoje motto, że do religii i polityki nie mieszam turystyki. Zawsze to powtarzam. I zawsze jakaś grupa chce mnie naciągnąć na te tematy. Ale nic z tego. Miałem już takie grupy, gdzie - zwłaszcza po alkoholu - dochodziło na tym tle niemal do rękoczynów, bo połowa była za jedną opcją polityczną, a połowa za inną.

O co ludzie najczęściej pytają przewodnika?

- Tu pana zaskoczę. Są oczywiście pytania merytoryczne o konkretne zjawiska, wydarzenia. Ale często - na osobności - zdarzają się bardzo osobiste pytania. Jedna pani na przykład chciała się ode mnie dowiedzieć, jak ma sobie poradzić z 30-letnim synem, który jest narkomanem. Inny mężczyzna wziął mnie kiedyś na bok i pytał, czy znam kogoś, kto wyszedł z nałogu. Okazało się, że jego żona jest alkoholiczką. Czasami opowiadają historie swoich chorób, czy polecałbym w zaiązku z tym pobyt w sanatorium w Horyńcu. Żadne pytanie mnie już nie dziwi. Jak te o Szeptuchę, znachorów, czy też czy słyszałem o pewnej kobiecie na Roztoczu, która potrafi z rozbitym jajkiem w ręku wypowiadać zaklęcia nad głową chorego dziecka i które dzięki temu zdrowiało.

Nigdy nie jest pan zakłopotany przy takich pytaniach?

- Zakłopotany może nie, ale na pewno zdziwiony. Tak było, kiedy ktoś mnie spytał, czy na Roztoczu seks rzeczywiście wyjątkowo smakuje. Okazuje się, że to dość powszechna opinia. Coś w tym chyba jest. Kiedyś mój serdeczny kolega przywiózł tu swoją córkę ze świeżo poślubionym mężem. Spędzili na Roztoczu kilka dni. Dziewięć miesięcy później wysłał mi zdjęcie z wnukiem. Odpisałem mu, że ma piękne, roztoczańskie oczy.

Ile pan zarabia?

- 500-600 złotych za dzień z grupą.

Da się wyżyć z tego zawodu?

- Teraz nie. Kiedyś miałem w całym sezonie ponad 50 grup, teraz kilkanaście. Dużo zepsuł lockdown. Ceny poszły w górę, zwłaszcza koszty wyżywienia.

 

Tagi:

turystyka,  roztocze, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz