Jacek Kowalczyk z Lublina wciąż ma bliznę na czole. To "pamiątka" z wypadku sprzed wielu lat.

- Nawet dzisiaj, jak o nim myślę, to czuję ciarki na plecach - mówi. - To cud, że ja z tego cało wyszedłem. Miałem wtedy 19 lat. Jako jeden z pierwszych na osiedlu miałem prawo jazdy. Wszyscy mi zazdrościli. Tato miał wtedy malucha. Sam był schorowany, nie miał zresztą smykałki do jeżdżenia, najwięcej tym maluchem ja jeździłem. Czasami bez jego zgody.

Tak było i tym razem, kiedy kolega namówił go na przejażdżkę. Było to pod koniec lat 80. ub. w. Kierunek - Opole Lubelskie. Kolega miał tam koleżankę, którą chciał odwiedzić. Zakochany po uszy.

- To była wiosna, piękna pogoda - wspomina pan Jacek. - Już wracaliśmy. Jechałem może 70 km/h. Z przeciwka jechał autobus. Zauważyłem go, jak wyjeżdżał zza zakrętu. Wydawało mi się, że nieco go wyrzuciło na mój pas i lekko odbiłem.

 


I nie wiem, jak to się stało, ale nagle zaczęliśmy zjeżdżać tym maluchem z szosy

 


Musiałem złapać pobocze. Nawet nie pamiętam czy hamowałem. Po chwili poczułem uderzenie i wyrżnąłem głową w kierownicę. Na moment straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, to ktoś mnie wyciągał z samochodu. Jak się potem okazało, to byli pasażerowie autobusu. I znów straciłem przytomność. Ocknąłem się w karetce. Pamiętam tylko wycie syreny.

Pan Jacek miał mnóstwo szczęścia. Tak jego kolega. Mieli niegroźne obrażenia. Maluch uderzył kołem w głaz, który akurat znajdował się na polu. Jak udało im się ominąć rosnące obok olbrzymie topole - nie jest w stanie tego wytłumaczyć. Otarł się o nie.

- Wystarczyło, żebym skręcił gwałtownie kierownicą, a maluch by koziołkował - wspomina. - Wtedy nie byłoby co z nas zbierać.

 


Pamiętam jeszcze, że jak mnie wyciągali zza kierownicy, to prosiłem tych ludzi, żeby tylko dobrze zamknęli samochód, bo go ktoś ukradnie. Byłem w szoku

 


Szczęście miał także Marek Walukiewicz z Kraśnika. On również wyszedł cało z wypadku. A mogło się skończyć dla niego tragicznie.

- To było kilka lat, w zimie - mówi. - Wracałem z Krakowa. Noc, mróz, mnóstwo śniegu. Jezdnia niby była czarna, ale miejscami widać było śnieg. Nie jechałem za szybko, ogrzewanie było na maksa, muzyka, cieplutko, miałem jeszcze kawę w termosie. Droga była wąska, ale mały ruch, bo to środek nocy.

Kiedy pokonywał kolejny zakręt poczuł nagle, że w ogóle nie panuje nad samochodem. Nie dotykał nawet hamulca, starał się kontrować kierownicą.

- To była ewidentnie moja wina - mówi. - W jednej ręce trzymałem kubek z kawą. Jedną ręką to mogłem wtedy najwięcej zrobić...

Oplem obróciło raz, potem drugi i bokiem uderzył w przydrożne drzewo. Na szczęście od strony pasażera.

- Jak mnie tak obracało, to pamiętam, że w ciągu przysłowiowej sekundy przeleciało mi przed oczami całe moje życie - mówi. - Najbardziej utkwiła mi myśl, że już nigdy nie zobaczę mojego synka. Miał wtedy trzy latka. A wiozłem mu jeszcze prezent z tego Krakowa. Nowy, wymarzony przez niego wóz strażacki. Tylko tym się bawił.

 


Kiedy uderzyłem w to drzewo i samochód wreszcie stanął, to bałem się jeszcze jednego - żeby tylko nie zapalił się

 


- Chyba od tych filmów, których się w życiu naoglądałem.

Poza kilkoma sinikami, rozbitą głową i złamaną ręką, pan Jacek nie miał żadnych poważniejszych obrażeń. Miał też fart, bo tuż po tym zdarzeniu, od strony Sandomierza jechali akurat strażacy z OSP. Wracali z pożaru. Dzięki temu od razu mu pomogli, opatrzyli, unieruchomili nogę i wezwali karetkę.

Andrzej Doraczyński z Lublina nawet dzisiaj wciąż przeżywa wypadek, którego cudem uniknął wiele lat temu.

 


- Myślę, że to pan Bóg wtedy nade mną czuwał - mówi. - Na pewno w innym przypadku o tym zdarzeniu byłoby na pierwszych stronach gazet

 


Było to w połowie lat 90. ub. w. Pan Andrzej jechał ul. Mickiewicza dostawczym volkswagenem w kierunku ul. Kunickiego. To jedna z głównych dróg wyjazdowych z miasta - w kierunku Przemyśla. Minął budynek liceum. Do ul. Kunickiego miał nieco ponad 100 metrów. Czerwone światło.

- Zacząłem powoli hamować - mówi. - Pedał hamulca był dziwnie miękki. Wcisnąłem mocnej. A on mi wszedł aż do podłogi. Raz, drugi. Zero hamowania. Na szczęście nic przed mną nie jechało. Zacząłem się rozglądać, gdzie tu skręcić, żeby nie wjechać na czerwonym świetle. Ale wszędzie pełno dzieciaków, młodzieży. Nie było gdzie skręcić.

I z tym wciśniętym do podłogi pedałem hamulca wjechał na Kunickiego.

- Usłyszałem klakson. Z mojej lewej strony jechał trolejbus. To on trąbił. W głowie od razu pojawiła mi się myśl, że jestem zupełnie bezsilny. Nic nie mogę zrobić. Mogę liczyć jedynie na cud. I on się zdarzył. Minęliśmy się o centymetry. Przecież gdybym uderzył w bok tego trolejbusu, to byłaby masakra. Ale udało się. To na szczęście nie były godziny szczytu, na szczęście też nikogo nie było na przejściu dla pieszych. Przejechałem Kunickiego, zredukował bieg, zmniejszyłem prędkość i od razy skręciłem w boczną uliczkę. Tu był warsztat samochodowy mojego znajomego. Jak wysiadałem, to nogi miałem miękkie jak z waty. Byłem też blady jak ściana. Okazało się, że w volkswagenie pękł przewód hamulcowy. Od tej pory, podczas każdego przeglądu technicznego proszę diagnostę, żeby dokładnie obejrzał układ hamulcowy. Tak na wszelki wypadek.

 


Niewiele z wypadku pamięta z kolei pani Ula spod Piask na Lubelszczyźnie. Jej zdarzyło się usnąć za kierownicą. I to kilka kilometrów od domu

 


- To było pięć lat tamu - opowiada. - Prowadzę własną działalność, dużo podróżuję po Polsce. Wtedy wracałam ze Szczecina. Dwa albo trzy razy zatrzymywałam się po drodze, żeby wypić kawę. Było tak niskie ciśnienie, że całą drogę chciało mi się strasznie spać. Ale dałam radę. Kiedy już skręcałam z obwodnicy i znalazłam się już na "mojej" drodze wprost do domu, to podświadomie przestałam się kontrolować. Co tam kilka kilometrów. Za chwilę przecież będzie prysznic, kolacja i łózko.

 


Nie wie, kiedy usnęła i skąd nagle zobaczyła krew na dłoni. Ocknęła się, kiedy rozległ się huk

 


- Nie mogłam usnąć na dłużej niż kilka sekund - mówi. - To wystarczyło. Bezwiednie skręciłam kierownicą w stronę zagajnika. To jedyne zadrzewione miejsce na tym odcinku drogi.

Najpierw wjechała do rowu, tam mazda zaczął koziołkować, po czym z impetem uderzyła w drzewo. Wypadek widział kierowca busa, który jechał za panią Ulą. To on wezwał karetkę.

- Byłam półprzytomna, nie mogłam się ruszać - wspomina. - Zraesztą ten pan kazał mi siedzieć bez ruchu. Bał się, że mam może uszkodzony kręgosłup. Cały czas mnie pocieszał. A ja plotłam trzy po trzy. Pamiętam, że wtedy najbardziej martwiłam się o tort w bagażniku. Wiozłam go na imieniny przyjaciółki. Miała je następnego dnia. W karetce z kolei śmiałam się bez sensu, bo śmieszyły mnie rurki od kroplówki. To przez zastrzyk uspokajający.

Na szczęście pani Ula - po długiej rehabilitacji - doszła do siebie. Czasami odczuwa jeszcze ból w kolanie - to skutek urazu.

- Wie pan, to zdarzenie nauczyło mnie pokory - kończy. - Dotarło do mnie, że nic nie jest nam dane na zawsze. Czasami ułamki sekund mogą wszystko zmienić w naszym zyciu. Tyle ile trwa mrugnięcie okiem...

 

 

 


 

 

Tagi:

samochód,  wypadek, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót