7 listopada 1976 r. Ten dzień wstrząsnął nie tylko Avią, ale całą Polską. W wypadku na al. Warszawskiej w Lublinie zginął Henryk Siennicki i Zdzisław Pyc. Ten pierwszy miał wówczas 24 lata, Pyc był o 3 lata starszy. Wracali z meczu w Sosnowcu. Samochód prowadził wówczas Lech Łasko. Miał wtedy 18 lat. Świeżo upieczony kierowca. Chciał wypróbować nowy samochód, zastawę – dlatego nie jechał na mecz klubowym autokarem. Samochód dostał za złoty medal igrzysk w Montrealu.

Do wypadku doszło na al. Warszawskiej – niedaleko skansenu. Winę za wypadek – jak podała w oficjalnym komunikacie milicja – ponosił Lech Łasko. Prowadzony przez niego samochód zjechał na lewą stronę i zderzył się z autobusem MPK. Zastawa dachowała.

– To był straszny widok – wspomina Kazimierz Patrzała, były siatkarz świdnickiego klubu. – Tylko mnie i trenera Wójtowicza milicja dopuściła na miejsce wypadku. Zastawa uderzyła prawą stroną. A po tej stronie – z przodu – siedział Siennicki. Z tyłu Pyc. Niestety, nie przeżyli. W samochodzie jechał jeszcze Tadzio Skaliński i kobieta, która dosiadła się do nich w Puławach.

Prokurator wykluczył usterkę samochodu. Kierowca był trzeźwy. Łasko został lekko ranny. Za spowodowanie wypadku dostał dwa lata więzienia, ale po pół roku opuścił areszt i został zawodnikiem milicyjnego klubu Gwardia Wrocław. Wrócił do reprezentacji Polski. Potem wyjechał do Włoch, gdzie grał w tamtejszej Serie A – najwyższej klasie rozgrywkowej.

Sam Tadeusz Skaliński niewiele pamięta z tego wypadku.

– Było wtedy ciemno – mówi. – Rozmawialiśmy, nagle zobaczyłem jakiś błysk i straciłem przytomność. Jak się ocknąłem, to ręką dotykałem trawy. Nie wiem, jak się znalazłem na ziemi. Czułem, jak krew mi ścieka po twarzy. Krzyczałem, żeby mi ktoś pomógł. Usłyszałem od kogoś, że inni są w gorszym stanie. I znów straciłem przytomność. Obudziłem się w szpitalu na Jaczewskiego. W drzwiach sali, gdzie leżałem, stał Mietek i Rysiek Rzędziccy. Nie mogli ze mną rozmawiać, dopóki nie zostałem przesłuchany przez prokuratora. Potem dowiedziałem się – ale nie pamiętam od kogo, że Pyc i Siennicki nie żyją.

 

Mama T. Skalińskiego miała przed wypadkiem niedobre przeczucia

 

 Kiedy się dowiedziała, że nie jedzie autokarem na mecz, nie kryła niepokoju.

– Pamiętam, jakby to było wczoraj, że odradzała mi jazdę samochodem z Leszkiem – dodaje T. Skaliński. – Nie lepiej ci będzie razem z innymi w autokarze? – spytała. – Do tego zaoszczędzisz, bo nie będziesz się musiał składać na benzynę.     

Pogrzeb tragicznie zmarłych siatkarzy odbył się na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie. Wzięły w nich udział tysiące kibiców. Do Lublina przyjechali także siatkarze z innych klubów, m.in. z Płomienia Milowice, z którymi Pyc i Siennicki rozegrali ostatni mecz w życiu.

Po tej tragedii Avia już się nie podniosła. Do zespołu doszli nowi, młodzi zawodnicy,  ale zespół coraz częściej musiał się bronić przed spadkiem niż walczyć o medale.

Henryk Siennicki rozpoczął karierę sportową w barwach AZS Lublin. w latach 1971-73 występował w kadrze narodowej juniorów, później był członkiem rozszerzonej kadry seniorów. Wielokrotnie bronił barw narodowych; w 1973 r. zdobył srebrny medal na mistrzostwach Europy juniorów w Hiszpanii.

Zdzisław Pyc w wieku 15 lat rozpoczął treningi w lubelskim Motorze. Przez kilka lat z powodzeniem występował w pierwszym zespole, który grał w lidze międzywojewódzkiej. W 1969 r. przeniósł się do Avii. Początkowo grał w drużynie II-ligowej, a następnie w zespole ekstraklasy.        

 

Kolejna wielka tragedia świdnickiego klubu miała miejsce w 2004 r.

 

Wówczas doszło znów do tragicznego w skutkach wypadku z udziałem siatkarzy Avii. 17 października, wracający ze spotkania z Orłem Międzyrzecz (Lubuskie) bus wiozący siatkarzy Avii w okolicach Bogucina (na trasie Warszawa-Lublin) czołowo zderzył się z tirem, a śmierć poniosło trzech ówczesnych graczy drużyny ówczesnego trenera Krzysztofa Lemieszka : Wojciech Trawczyński, Jakub Zagaja i Łukasz Jałoza. Zginął także wieloletni kierowca klubowy – Stefan Sznajder.

Do tragedii doszło o godz. 4.15.  Do Lublina mieli jeszcze 18 kilometrów. Prawie wszyscy zawodnicy spali zmęczeni długą podróżą. Pogoda była fatalna. Padał deszcz, droga była mokra i śliska. Kierowca chciał ominąć leżącą na drodze gałąź. Wykonał gwałtowny manewr. Wtedy doszło do wypadku. Siła uderzenia była ogromna. Bus dosłownie wbił się w tira na litewskich numerach. Wskazówka prędkościomierza zatrzymała się na cyfrze „110”.

Zawodnicy wracali z meczu dwoma busami. W drugim, który szczęśliwie dojechał do Świdnika jechali pozostali zawodnicy oraz trener Krzysztof Lemieszek. Przed Bogucinem zatrzymali ich strażacy. Droga była zablokowana. W oddali migały światła karetek i radiowozów. Kilka minut później dotarło do nich, że dojechali na miejsce tragedii, w której zginęli ich koledzy.

W busie zginęli zawodnicy, którzy dopiero zaczynali karierę w Avii: 25-letni Wojciech Trawczyński grał wcześniej w Skrze Bełchatów, 22-letni Jakub Zagaja przeszedł do Avii z AZS-u Opole, a 19-letni Łukasz Jałoza z MOS Warszawa.

Cała trójka okazała się silnym wzmocnieniem. Zagaja i Trawczyński wychodzili na parkiet w podstawowym składzie. Wszyscy zdążyli rozegrać trzy mecze.

Na wieść o tragedii burmistrz Świdnika, Waldemar Jakson ogłosił jednodniową żałobę, flaga na budynku urzędu została opuszczona do połowy, w świdnickich kościołach księża odmówili specjalną modlitwę w intencji zmarłych i o zdrowie dla ocalałych z wypadku.

Jednym z zawodników, którzy zostali ranni w tym wypadku. był Łukasz Maziak. Miał złamaną nogę. Jako jedyny wtedy nie spał. Obudził się tuż przed wypadkiem. Być może to go uratowało. W momencie zderzenia zaparł się mocno nogami o podłogę busa.

Po tym tragicznym wypadku zawodnik wrócił do sportu, podpisał kontrakt z drugoligowym wtedy zespołem Cukrownika Lublin. Trzy lata później, w sierpniu 2007 r. zginął na drodze z Mełgwi do Świdnika. Jego kolega prowadzący samochód uderzył na zakręcie w drzewo. On również zginął.

W 2008 r. wydarzyła się jeszcze jedna siatkarska tragedia, pośrednio związana ze świdnickim klubem. W wypadku samochodowym w woj. lubuskim zginęło dwóch młodych siatkarzy Orła Międzyrzecz - to ten sam klub, z którym świdniczanie zagrali mecz, a potem doszło do tragicznego wypadku w 2004 r.

W Świdniku, choć to już tyle lat, nie zapomniano o tragicznie zmarłych zawodnikach. Co roku w mieście rozgrywany jest memoriał poświęcony ich pamięci.

 

 

 

 

 

Tagi:

sport,  siatkówka,  avia świdnik, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz
// }) // }) // }) // }) // }) // })