Partner: Logo FacetXL.pl

- Jestem szczęśliwy, że spełnił pan moje sportowe marzenia i że mogłem spotkać w Polsce tyle wspaniałych osób jak pan - powiedział Kent, witając się ze swoim byłym pracodawcą.

Washington był pierwszym amerykańskim koszykarzem w polskiej lidze. W styczniu 1979 roku przyjechał do Lublina i przez 2,5 sezonu grał w Starcie. Na jego mecze przychodziły tłumy kibiców. Legenda lubelskiej koszykówki przyjechał do Lublina z okazji obchodów 70-lecia klubu Start Lublin.

Na pomysł, żeby Kent zagrał w polskiej lidze wpadł najpierw nie żyjący już trener Zdzisław Niedziela. Widział Kena na boisku i od razu mu się spodobał. Dyrektorem klubu był wówczas Andrzej Frączkowski. To on poruszył niebo i ziemię, żeby amerykański koszykarz zagrał w Polsce.

- Wiele osób pukało się wtedy w głowę, że to nierealny plan - przyznaje Andrzej Frączkowski. - Jednak się udało, a Kent już po pierwszym meczu stał się ulubieńcem kibiców. Nic dziwnego. Nikt w polskiej lidze nie grał tak widowiskowo jak on.

Mecze z jego udziałem przyciągały tłumy. Hala MOSiR-u pękała w szwach, a zdobycie biletu na mecz wymagało wielogodzinnego stania w kolejce. Były nawet przypadki, że fałszowano bilety, a ci którym nie udało się dostać do hali, wchodzili na dach, skąd widać było ich ulubieńców na parkiecie.

Kent już na pierwszym treningu z nową drużyną pokazał, co potrafi. A potrafił wiele.

- Jak miał piłkę, to trzeba było mieć oczy dookoła głowy - wspomina Jerzy Żytkowski, klubowy kolega z zespołu. - Potrafił podać w najmniej oczekiwanym momencie, nie patrząc na zawodnika. Był do tego niesamowicie szybki, a jego kozłowanie piłką między nogami doprowadzało obrońców do furii. Trudno było mu zabrać piłkę.


Do historii ligowej koszykówki przeszły już pojedynki Kenta z najlepszymi wówczas w lidze rozgrywającymi jak Eugeniusz Kijewski czy Dariusz Szczubiał

 


Najczęściej - zwłaszcza na początku - górą był Kent, który nie tylko zaliczał rekordową liczbę asyst, ale był też niezwykle skutecznym strzelcem.

- Były mecze, kiedy zdobywał regularnie ponad 30 punktów - dodaje Jerzy Żytkowski. - A nie było wtedy jeszcze "trójek". Był też niesamowicie koleżeński i uczynny. Super gość i na boisku i poza nim. Skromny, zawsze uśmiechnięty.

Kent po przyjeździe do Lublina po tylu latach pierwsze kroki skierował do hali Startu. To tutaj odbył swój pierwszy trening w Polsce. Zaraz po przylocie - w 1979 roku - nie chciał słyszeć o odpoczynku. Stwierdził, że przyjechał tu grać, a nie leniuchować. I od razu się przebrał i chwycił za piłkę.

- Dużo się zmieniło od czasu, kiedy grałeś w Starcie?

- Lublina dobrze wtedy nie znałem - przyznaje Kent. - Jedynie halę, hotel Victoria i dom "babci Kowalskiej" na Siemiradzkiego, gdzie mieszkałem.

"Babcia" Kenta już nie żyje. Były koszykarz wciąż jednak pamięta, jak się nim opiekowała. Prała mu nawet ubrania. Dbała jak o własne dziecko.

Nie poznał dawnego domu. Został otynkowany. Byłego koszykarza poznali jednak sąsiedzi. Kiedy przyjechał kilka dni temu na "stare śmieci" odżyły dawne wspomnienia.

- Pamiętam, że jak ktoś ze znajomych się pytał, co jadam, to zawsze odpowiadałem, że to samo i na kolację i na śniadanie - chleb i kiełbasę. I tak codziennie. Nie wiem, ile ja przez ta lata zjadłem tej kiełbasy, ale były to ogromne ilości. "Babcia Kowalska" częstowała mnie też barszczem i bigosem. Polubiłem polską kuchnię, ale jednak najbardziej pasowały mi kurczaki popijane coca-colą. Z tym były jednak w Polsce wtedy problemy, ale jak zwykle Andrzej Frączkowski znów stanął na wysokości zadania.

Dzięki Kentowi Start Lublin dwa razy stawał na podium mistrzostw Polski. A czarnoskóry koszykarz stał się jednym z najpopularniejszych i rozpoznawalnych sportowców Lublina. Tak jest do dzisiaj.

- Jestem zdumiony, że po tylu latach ludzie rozpoznają Kenta - przyznaje Arkadiusz Pelczar, prezes Startu. - Zdarzało się, że podszedł do nas jeden ze starszych kibiców, prosząc o autograf na bilecie. Przyznał się, że był na wszystkich meczach z udziałem Kenta w Lublinie. Na każdym kroku spotykaliśmy się z niezwykle ciepłym przyjęciem.

Również sam koszykarz nie spodziewał się, że jego pobyt w Lublinie stanie się aż tak medialnym wydarzeniem.

- To było dla mnie ogromne przeżycie - przyznaje Washington. - Zwłaszcza, kiedy młodzi ludzie podchodzili, chcieli robić ze mną zdjęcie i mówili, że dużo o mnie słyszeli.

 


Warto przypomnieć, że Kent wystąpił również z epizodyczną rolą w kultowym filmie "Miś" Stanisława Barei

 


- Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że ten film zrobił aż tak dużą furorę - przyznaje Kent. - Sama scena nie była zbyt skomplikowana. Miałem jedynie kozłować piłkę. Dali mi jednak plastikową, która do tego za bardzo się nie nadawała, ale jakoś się udało.

67-letni dziś były koszykarz nie wygląda na swój wiek. Wysportowany, o nienagannej sylwetce wciąż kipi energią. Na zakończenie spotkania po latach z Andrzejem Frączkowskim uronił łzę. Nie ukrywał, że te kilka lat pobytu w Lublinie, potem w Sosnowcu były dla niego nie tylko wspaniałym okresem w życiu sportowym, ale także udało mu się poznać wielu wspaniałych przyjaciół. Wciąż potrafi wymienić wielu koszykarzy, z którymi przyszło mu grać. Zdarza mu się też od czasu do czasu wtrącić polskie słówko. Najczęściej jest to "dziękuję bardzo".

W grudniu 2021 roku w Stanach Zjednoczonych ukazała się książka „Kentomania: A Black Basketball Virtuoso in Communist Poland”, w której spisał swoje wspomnienia z czasów gry w Starcie Lublin oraz Zagłębiu Sosnowiec. Publikacja została przetłumaczona na język polski i niebawem trafi do sprzedaży.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi:

koszykówka,  washington, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz