Chociaż od wypadku minęło już kilka dni, o niczym innym nie potrafi myśleć. Tak jak jego narzeczona. Wciąż słyszy pisk hamulców i zgrzyt giętej blachy karoserii. A potem płomienie.

- Wracaliśmy ze świąt - opowiada pan Tomasz z Lublina. - Od kilku lat mieszkamy na północy Niemiec. W Polsce mieliśmy być do stycznia, ale narzeczona musiała niespodziewanie wracać do pracy.

Mieli do pokonania ponad 1200 kilometrów. Z Lublina wyjechali przed południem. Dojechali do Szczecina. Tam postanowili przenocować.

- Zawsze tak robiliśmy - dodaje pan Tomasz.- Do domu mieliśmy niecałe 400 kilometrów. Nie padało, mocno wiało, ale momentami świeciło słońce, a szosa była sucha. Na autostradzie nie było wielkiego ruchu.

Przejechali prawie połowę drogi. Dojeżdżali do Grimmem - niewielkiego miasteczka w Meklemburgii.

- Jechałem prawym pasem - opowiada pan Tomek. - Na liczniku miałem nie więcej niż 120 km/h. Rozmawialiśmy z narzeczoną. Na tylnym siedzeniu mieliśmy w klatce królika. To nasz pupil. Straszny pieszczoch.

W lusterku zauważył niebieski samochód. Zbliżał się dość szybko. Kiedy był już blisko subaru pana Tomka, zjechał na lewy pas. Wykonał gwałtowny manewr.

- Usłyszałem tylko pisk hamulców - kontynuuje nasz rozmówca. - Byłem już wtedy pewny, że zaraz coś się wydarzy. To się czuje.

Samochód za nim nie zdążył wyhamować. Uderzył w poprzedzające go auto, a ten w subaru.

To był ułamek sekundy - mówi pan Tomek. - Usłyszałem tylko przeraźliwy krzyk mojej narzeczonej. Czuliśmy się jak na karuzeli. Samochód obrócił się kilkakrotnie, za każdym razem odbijając się od barierek. Czułem jak w samochodzie wszystko fruwa w powietrzu. Pamiętam tylko tyle, że najbardziej się bałem, żeby samochód nie przewrócił się. W końcu stanęliśmy. Narzeczona wciąż krzyczała. Była przerażona. Ale żyliśmy. To była moja pierwsza myśl. Nigdzie nie zauważyłem krwi. I wtedy zobaczyłem, że spod maski wydobywa się dym. Drzwi na całe szczęście nie były zablokowane. Dało się je otworzyć. Wyskoczyliśmy na szosę. Narzeczona stała z królikiem na rękach. W czasie wypadku wypadł z klatki. Jemu też nic się nie stało. Jacyś ludzie odciągnęli nas od auta. Subaru zaczynało się palić. Zdążyłem na szczęście zabrać jeszcze portfel. Nie wiem nawet kto i w jaki sposób wyciągnął część naszych bagaży z samochodu. Nie pamiętam tego. Przytuliłem do siebie mocno narzeczoną i bezsilnie patrzyliśmy, jak samochód stoi w ogniu. Spalił się doszczętnie. My na szczęście byliśmy cali. Po chwili przyjechała straż, pogotowie. Zabrali nas do karetki. Pojechaliśmy na badania do szpitala. Poza kilkoma siniakami nic nam nie było.

W tym wypadku cudem nikt nie ucierpiał. Cztery samochody zostały kompletnie zniszczone. To wie z telewizji i wiadomości z internetu.

-  Część rzeczy się spaliło w naszym subaru - mówi pan Tomasz. - Mój telefon, laptop, portfel narzeczonej, jakieś drobiazgi. Za nami jechali nasi znajomi. Zrobili zdjęcia z tego wypadku. Jak je dziś oglądam, to mnie ciarki przechodzą. Narzeczona jest w trakcie kursu na prawo jazdy. W styczniu miała zacząć część praktyczną. Na razie nie myśli o tym. Sama myśl o tym, żeby wsiąść do samochodu - przeraża ją. Mówi, że nie wyobraża sobie, że kiedyś będzie jechać autostradą - nawet jako pasażerka. Miała pod koniec stycznia przyjechać na tydzień do Polski. Kupiła nawet bilet na busa. Już zrezygnowała. Pojedzie pociągiem. Ja na razie jakoś się trzymam. Wiem jedno - dostaliśmy nowe życie. To pan Bóg nie pozwolił, żebyśmy w tym samochodzie żywcem spłonęli. Przecież gdyby drzwi się zablokowały, to nie mielibyśmy żadnych szans.

 


 

Tagi:

wypadek,  samochód, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót