Marek nie wygląda na kogoś, kto jeszcze niedawno wynajmował odrzutowiec, żeby zabrać żonę na zakupy do Mediolanu. Swoją historię opowiedział w małym, ale przytulnie urządzonym mieszkaniu na starym, peerelowskim osiedlu w Warszawie.

- To nawet nie moje mieszkanie, tylko Anny, mojej partnerki - zaczyna swoją historię. - Była żona puściła mnie z torbami.

Ma 47 lat. Pochodzi z niewielkiej miejscowości na południu Lubelszczyzny. Ojciec był rzemieślnikiem. Przejął interes po dziadku Marka. Produkował plastikowe zabawki, ozdoby. W latach 70 i 80. był to złoty interes. Towar sprzedawał się na pniu. Zwłaszcza na odpustach.

 


Na tych rożnych pistolecikach, bombkach czy żołnierzykach dorobili się majątku

 


Okazała willa, wczasy w Bułgarii, ciuchy z Peweksu. Marek miał wszystko, czego dusza zapragnie.

- Rodzice mnie rozpieszczali, ale też i wymagali - mówi nasz bohater. - Pomagałem z zakładzie, pracowałem fizycznie, z czasem rozwoziłem towar. Nie miałem czasu na głupoty. Od dziecka rodzice uczyli mnie szacunku dla pracy i pieniądza.

Samochód miał już w szkole średniej. To za dobre stopnie. Do używanego volkswagena dołożył dziadek. Wszyscy znajomi zazdrościli mu tego golfa.

Po maturze Marek wyjechał na studia do Krakowa. Mieli tam mieszkanie po zmarłej cioci, która nie miała żadnych innych spadkobierców. Interes ojca wciąż dobrze prosperował dopóki nie pojawiła się konkurencja - tania chińszczyzna, która zalała rynek.

- Ojciec na szczęście wiedział kiedy się wycofać - wyjaśnia Marek. - Udało mu się jeszcze sprzedać maszyny, halę produkcyjną. I to za dobre pieniądze.

Studia skończył z wyróżnieniem. Ojciec nie dożył obrony jego pracy. Zmarł na zawał. To był szok dla wszystkich, bo nigdy nie skarżył się na serce. A zmarł w samochodzie, kiedy stał na czerwonym świetle. Kiedy przyjechało pogotowie - już nie żył.

- Wróciłem do domu - mówi Marek. - Nie chciałem zostawiać mamy samej. Byłem jedynakiem. Mama już nie było taka młoda, wymagała opieki.

 


Po ojcu odziedziczył pokaźny majątek. Nic dziwnego, jego rodzina należała do elity miasteczka

 


Mieli nie tylko duże oszczędności, ale i kilka nieruchomości - w tym duży pawilon handlowy. Z samego wynajmu mieli tyle pieniędzy, że nie musieli z mamą pracować.

Marek miał - tak jak ojciec - smykałkę do interesów. Założył firmę. Produkował, montował i serwisował najnowocześniejsze systemy alarmowe. Zatrudnił najlepszych fachowców od marketingu. Sam też wszystkiego dopilnował. To był strzał w dziesiątkę. Po kilku latach stał się potentatem w tej branży. I piął się coraz wyżej po biznesowej drabince.

Ewę poznał na imprezie u kolegi. Dużo młodsza od niego, bardzo zgrabna, do tego wykształcona i dowcipna. Marek stracił dla niej głowę. Szybko wzięli ślub.

 


- W podróż poślubną pojechaliśmy na dziesięć dni do Włoch - mówi 47-latek. - To były jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Toskania, Rzym, Wenecja - dobre hotele, plaża, romantyczne kolacje przy świecach

 


Wszyscy im zazdrościli. Interes szedł znakomicie. Marek zainwestował sporo pieniędzy w rodzinny dom. Mama mieszkała na dole. Dobudował ogromny, przeszklony taras jako ogród zimowy. Zmienił zupełnie wygląd okazałej willi. Z typowego klocka stała się okazałą rezydencją. Ewa wkrótce zaszła w ciążę i urodziła Kamila. Nie musiała pracować ani zajmować się synem. Od tego była zatrudniona opiekunka.

- Ewa miała jak w raju - przyznaje Marek. - Niczego jej nie brakowało. Miała swoje grono przyjaciółek. To z nimi spędzała głównie czas. Ja pracowałem od świtu do nocy. W weekendy często gdzieś wyjeżdżaliśmy. Jak Kamil był starszy, to zabieraliśmy go ze sobą. Z czasem mieliśmy już nawet taką fantazję, że ze znajomymi potrafiliśmy wynająć samolot, żeby w weekend polecieć do Włoch czy Hiszpanii i w poniedziałek rano wrócić do pracy.

 


Żona Marka od samego początku małżeństwa miała dostęp do jego kont, także firmowych oraz wszelkie pełnomocnictwa

 


- Tak na wszelki wypadek - dodaje Marek. - Różnie w życiu bywa. Gdyby coś mi się - odpukać - stało, to dla Ewy byłoby o wiele mniej komplikacji.

Kamil rósł, chodził do prywatnych szkół, do tego nauka - prywatnie - angielskiego, francuskiego. Kosztowne zabawki, prezenty. Obydwoje nie żałowali pieniędzy na jego zachcianki.

- Z perspektywy czasu widzę, że poświęcaliśmy mu zbyt mało czasu - przyznaje Marek. - Ja byłem wiecznie zapracowany, Ewa z kolei duży ciężar wychowania zrzuciła na kolejne nianie i opiekunki.

Rzadko się kłócili. Byli zgodnym małżeństwem. Z czasem Marek jednak zauważył, że Ewa stała się mniej czuła, rzadziej miała ochotę na seks i już mniej chętnie spędzała z nim czas. Wieczorami zdarzało się, że coraz częściej wymykała się z domu. Mówiła, że do koleżanki na pogaduchy.

 


Pewnego wieczoru świat zawalił się Markowi na głowę

 


Wyjechał służbowo na trzy dni. Wrócił tego samego dnia. Okazało się, że biznesmen, z którym miał się spotkać, miał wypadek.

- Przyjechałem do domu o północy - mówi. - Nie dzwoniłem do Ewy, bo chciałem jej zrobić niespodziankę i następnego dnia zabrać ją do SPA.

Wszedł po cichu do sypialni. Nie zapalał światła, bo nie chciał jej budzić. Ewy nie było. Łóżko było puste. Wtedy usłyszał samochód na podjeździe. Jego mercedes był w garażu. Wyjrzał przez okno i poczuł, że serce mu zaczyna walić jak młot. Z białego, terenowego auta wysiadła Ewa. Od strony kierowcy otworzyły się drzwi. Znał tego mężczyznę. To jeden z jego pracowników. Młody, przystojny, wysportowany. Sam go przyjmował do pracy. Michał - bo tak miał na imię - podszedł do Ewy, objął ją wpół i pocałował czule w usta. Chwilę coś jeszcze szeptał jej do ucha, po czym wsiadł i i odjechał. Ewa pomachała mu jeszcze na pożegnanie.

 


- Czułem się tak, jakbym dostał obuchem w głowę - przyznaje Marek. - Nigdy przez myśl mu nie przeszło, że żona może nie zdradzać. Do tej pory znałem to tylko z książek czy filmów

 


Ewa niczego się nie wypierała. Nie kręciła, nie zaprzeczała. Przyznała się, że to trwa od wielu miesięcy. Zakochała się. Po prostu. Nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia, mówiąc to.

- To mnie najbardziej zabolało - mówi Marek. - Ten romans traktowała jako zupełnie coś normalnego. Zauroczył ją młody mężczyzna i tyle. Co miała robić? Tak to tłumaczyła. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem prawdziwe oblicze mojej żony. Już nie była tą uśmiechniętą, pogodną i ciepłą Ewcią. Zobaczyłem bezwzględną, cyniczną i złośliwą kobietę przed sobą. Bolało. Bardzo bolało.

Ewa następnego dnia stwierdziła, że chce rozwodu. Chciała sobie ułożyć życie na nowo. Z nowym partnerem przy boku. Dodała na koniec, że chce spróbować czegoś nowego. Nie chce się z nim zestarzeć. Tak powiedziała.

- Musiałem to sobie wszystko poukładać w głowie - mówi Marek. - Po dwudziestu latach małżeństwa usłyszałem, że takie rzeczy się zdarzają. Każdy może się zakochać.

Od tego czasu minęły trzy lata. Marek w jednym przyznał Ewie rację. Rzeczywiście, każdy może się zakochać. Tak jak on.

Rozwód dostali dosyć szybko. Ewa była szczęśliwa. Dwa dni później wyjechała ze swoim nowym partnerem do Hiszpanii. Miała za co. Dostała połowę majątku.

- Wystarczy jej na wiele lat - dodaje Marek. - Nie musi pracować.

On sam po rozwodzie wyjechał na dwa tygodnie do Włoch. Ukochanej Toskanii. Wynajął apartament w dużej willi z ogrodem niedaleko Sieny.

- To była jesień i nikogo poza mną nie było - mówi. - Całymi dniami chodziłem po okolicy, zwiedzałem, a wieczorami siadałem w ogrodzie i czytałem.

Trzy dni przed wyjazdem zauważył, że w nocy ktoś się wprowadził do sąsiedniego apartamentu. Na podjeździe stał samochód na krakowskich tablicach. Marek nie był zachwycony. Chciał być sam.

Annę poznał wieczorem. Siedziała na "jego" ławce w ogrodzie.

- Nigdy bym nie uwierzył, że można do rana przegadać całą noc z kimś, kogo dopiero się poznało - mówi Marek. - Tak było z Anną. Oboje mieliśmy chyba potrzebę wygadania się. Nie wiem, kiedy zastał nas świt.

Anna - jak się okazało - odreagowywała w Toskanii przebytą niedawno chorobę. Pokonała raka. Chciała się też pozbierać po śmierci ojca. Zmarł dzień po tym, kiedy się dowiedział, że córka po kolejnej radioterapii wyzdrowiała, a po guzie nie ma nawet śladu. Powiedziała, że kiedy znaleźli go martwego w pokoju, to miał uśmiech na twarzy.

- Z Anną nie rozstawaliśmy się do końca mojego pobytu - kończy Marek. - Przyjechała do mnie tydzień później.

To właśnie wtedy odkrył, że z jego konta zniknęły prawie wszystkie oszczędności, a firmą zarządza nowy partner byłej żony. Z tego wszystkiego Marek zapomniał cofnąć Ewie wszelkie pełnomocnictwa. Miała też przez cały czas dostęp do konta. Puściła go z torbami.

- Na szczęście willa jest wciąż własnością mamy - mówi. - Po jej śmierci tylko ja będę spadkobiercą.

Są razem z Anną. Sprzedała swoje mieszanie w Krakowie. Kupiła niewielkie mieszkanie na Pradze.

- Ewa - mając pełnomocnictwa - sprzedała moje udziały w firmie Michałowi - dodaje jej były mąż. - Była na tyle "wspaniałomyślna", że niewielką część przelała na moje konto.

To Anna przekonała go, żeby odpuścił byłej żonie i nie traciła czasu na sądy, adwokatów. "Pamiętaj, że karma wraca" - mówiła mu.

Są szczęśliwi. Kochają się. Mają za co żyć. Część willi wynajął. Na dole, razem z mamą mieszka jej opiekunka. Marek zatrudnił się w firmie przyjaciela. Prawie codziennie - na zmianę - zaglądają do jego mamy.

- Bardzo polubiła Annę - przyznaje Marek.

Od znajomych dowiedział się, że jego dawna firma wpadła w tarapaty. Podobno Michał, większościowy udziałowiec przelał dużą kwotę na swoje prywatne konto. I podobno był przezorny. Nie udzielił nikomu - nawet Ewie - pełnomocnictwa.

 

 

 

 

 

Tagi:

małżeństwo,  zdrada, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz