Dziś nie wygląda na zamożnego biznesmena jak jeszcze kilka lat temu, kiedy stać go było i na garnitur za kilka tysięcy, i weekend w luksusowym hotelu we Włoszech. Teraz mieszka kątem u kolegi jeszcze z czasów szkolnych, a smutek topi czasami w alkoholu. O ile ma pieniędze, albo ktoś mu postawi.

- To była kumulacja moich nieszczęść - zaczyna swoją historię. - Całe życie miałem fart, wszystko mi wychodziło, czego się nie tknąłem. Do czasu.

Już w szkole średniej zajął się handlem. I dobrze na tym wychodził.

- To były lata 80. i 90., kiedy w Polsce sprzedawało się wszystko, co pachniało Zachodem - mówi. - Z dwoma starszymi kolegami jeździliśmy do Berlina, Wiednia, gdzie wywoziliśmy papierosy, a stamtąd ciągnęliśmy głównie elektronikę. Z czasem interes tak się zaczął kręcić, że nie wiedzieliśmy, co robić z kasą. Były wtedy cotygodniowe giełdy na stadionach, gdzie waliły tłumy klientów. Wszystko szło. Elektronika, ciuchy, buty, piwo w puszkach, słodycze.

 


Marcin po kilku latach wiedział, że czas takiego handlu na bazarach czy stadionach kiedyś się skończy

 


Tak jak i lewe faktury, przemyt i "złote strzały".

- Przez pewien czas miałem legalny biznes - mówi. - Otworzyłem lombard, potem miałem komis samochodowy i trzy przyczepy kempingowe, które przerobiłem na gastronomię. To był swego czasu naprawdę dobry biznes. Stawiałem je na giełdach samochodowych, targach, w pobliżu bazarów. Kiełbaski, hot-dogi, golonka sprzedawały się znakomicie.

Na tym się dorobił. I to dużo. Na tyle, żeby kupić pawilon z magazynami po dawnym GS-ie.

- Sprzedałem go potem z kilkukrotną przebitką - mówi. - Dzisiaj jest w tym miejscu sklep znanej sieciówki.

Grał trochę na giełdzie, kupił okazyjnie kilka działek, mieszkanie. Na wszystkich tych transakcjach zarobił przyzwoite pieniądze.

- Nie interesowały mnie lokaty, ciągle w coś inwestowałem - podkreśla. - Pieniądz miał robić pieniądz. I mi wszystko wychodziło. W tym czasie wielu moim kumpli "popłynęło", bo albo za bardzo ryzykowali, albo mieli pecha. U mnie był odwrotnie. Pieniądze do mnie lgnęły. Fakt, że nigdy nie założyłem rodziny, nie miałem nałogów, nie szastałem kasą w agencjach towarzyskich i dlatego miałem pieniądze.

 


Wciąż jednak myślałem, żeby zająć się w końcu jednym, dochodowym, ale w miarę spokojnym biznesem

 


Myślałem o pensjonacie, hotelu czy kwaterze agroturystycznej. Ciągnęło mnie tego, od kiedy zakochałem się w górach. Uwielbiałem Bieszczady. Marzyło mi się, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym. A że zawsze byłem szczęściarzem, to okazja nie kazała mi długo na siebie czekać.

Marcin zupełnie przypadkowo spotkał dawnego kolegę, którego znał jeszcze sprzed lat, kiedy razem robili interesy.

- Przegadaliśmy całą noc - mówi. - I od słowa do słowa pojawił się temat kupna budynku w Bieszczadach. Z przeznaczeniem na pensjonat.

Chodziło o dom, którego budowę zaczął wiele lat temu miejscowy biznesmen. Splajtował. Budynek był w stanie surowym. I miał prawie hektarową działkę.

- Dom nadawał się już do remontu i wykończenia - mówi Marcin. - Był ogromny. Można w nim było urządzić kilkanaście pokoi, na dole salę restauracyjną z barem, były jeszcze podziemia do zagospodarowania na kręgielnię czy basen. Potencjał ogromny.

Wiedział też, że na tę inwestycję potrzeba też dużo pieniędzy. Bardzo dużo.

- Samo kupno nie przekraczało moich możliwości - mówi. - Ale zupełnie nie znałem się na budownictwie, to nie moja bajka. Kolega zaproponował, że zrobimy cichą spółkę. I namówił mnie. Ja miałem wszystko finansować, a on zajął się resztą. Miał w tym doświadczenie, bo razem z bratem prowadził wcześniej firmę budowlaną.

 


Marcin co jakiś czas podpisywał kolejną fakturę za prace, które dość szybko się posuwały. Cieszył się, że codziennie widać kolejne efekty

 


- Miałem do niego pełne zaufanie, wszystko mi pokazywał, tłumaczył, a to uśpiło moją czujność - przyznaje Marcin. - Budynek miał mieć pompy ciepła, fotowoltaikę, wszystko z najlepszych, renomowanych firm. Ale w pewnym momencie zauważyłem, że na budowie jakoś dziwnie nie widać ani tych pomp, w ogóle jakoś było niewiele materiału, sprzętu, ludzi. Doskonale pamiętałem, że przecież tych faktur było bez liku, a na placu tego nie było widać.

Adam, jego biznesowy partner uspokajał go, że wszystko jest w porządku, ale w sklepach i hurtowniach mają opóźnienia i żeby się niczym nie martwił. Znalazł też wytłumaczenie, dlaczego na budowie jest mniej robotników. "Beton musi dobrze związać" - usłyszał.

Uwierzył. Ale na krótko. Za jakiś czas otrzymał telefon z hurtowni. Potem z kolejnej.

 


Aż usiadł z wrażenia. Wszystkie dotyczyły jednego - niezapłacone faktury. I to na setki tysięcy złotych

 


- Adam od początku kombinował - mówi Marcin. - Miał moje pełnomocnictwa. Niektóre faktury brał na mnie. Tłumaczył mi, że tak będzie lepiej, a ja mu wierzyłem. Na początku płacił rzetelnie, potem dopiero zaczął szwindle. Wystawiał lewe faktury, doliczał koszty prac, których w ogóle się nie tknął, niektóre ceny na fakturach były brane z sufitu, do tego doszły nierozliczone zaliczki. Puścił mnie z torbami. Nie miałem nawet z czego zapłacić kolejnej raty leasingu za samochód.

Marcin splajtował. Wierzyciele nie czekali z odzyskaniem należności. Komornik zabrał mu wszystko.

- Nie wiem, gdzie teraz jest Adam - mówi. - Z tego, co słyszałem, to podobno zaszył się gdzieś. Pewnie za granicą. Przez miesiąc dzwoniłem do niego, oczywiście nie odbierał, a dziś ten jego numer jest nieaktywny. Niewiele mu mogę zrobić. Miał moje pełnomocnictwa. Na adwokata czy detektywa mnie nie stać. Adam wypłacił też wszystkie pieniądze z karty, którą mu dałem na bieżące wydatki.

Stracił też mieszkanie odziedziczone po rodzicach. To za niezapłacony VAT. Na to już mu nie wystarczyło.

- Już mówiłem, że to była kumulacja moich nieszczęść - kończy swoją historię. - Zbiegło to się wzystko z pandemią, która wtedy wybuchła, a potem wojna na Ukrainie. Wszystko poszło do góry. Raty, leasingi, a banków nie interesowało to, że mnie kolega oszukał.

Marcin ma dzisiaj 59 lat. Nie wrócił już do Krakowa, gdzie się urodził i mieszkał. Został w ukochanych Bieszczadach. Pomógł go kolega ze szkoły, który po studiach wrócił do rodzinnego miasta. Przygarnął Marcina. Dał mu pokój w swoim domu - nad warsztataem samochodwym, który prowadzi. Za dach nad głową i wyżywienie, Adam pomaga mu przy samochodach. Dostaje też kieszonkowe.

- To uczciwy układ - mówi. - Ale czasami na piwo to pożyczam. I wspominam czasami przed snem, jak jeszcze nie tak dawno płaciłem rachunek kilkaset złotych w restauracji, gdzie jedno piwo kosztowało 20 złotych.

 

 

 

Tagi:

biznes,  bankrut,  plajta, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz