Rozmowa z Pawłem Franczakiem, psychoterapeutą i filozofem z Przychodni "Słuchając Ciała" w Warszawie

 


Zna pan skuteczny sposób, żeby w codziennym życiu trzymać skutecznie nerwy na wodzy?
- Jeśli ktoś liczy na to, że dzięki jakimś magicznym sposobom przestanie się raz na zawsze denerwować, to mam dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że owszem, jest na to sposób. Zła - że jest nim śmierć. Obawiam się, że tzw. nerwy to część życia i kto chce się od nich kompletnie odciąć, może wylać dziecko z kąpielą i pozbawić się żywotności. Złość jest bowiem z życiem nieodłącznie związana. Potrzebujemy jej, by się narodzić, potrzebujemy jej do seksu, do pracy. Nie znaczy to, że nie można nauczyć się pewnej kontroli nad złością, jeśli mamy kłopot z przysłowiowym trzymaniem nerwów na wodzy i wystarczy kiepska pogoda, byśmy odpalali najcięższe działa. Na to trzeba jednak pracy nad sobą, co nie każdy lubi. Na przykład na terapii możemy dowiedzieć się, że wybuchy złości to tylko zasłona dymna, bo pozwalają nam ukryć głęboki smutek. Wielu osobom łatwiej się zezłościć niż pokazać, że jest się smutnym i przyznać to nawet przed sobą. Żeby to jednak odkryć, potrzebny jest ktoś z zewnątrz. Nie wyciągniemy sami siebie z takich tarapatów jak baron Münchausen, co to podobno wyciągał sam siebie za włosy z bagna. Nadmiarowe wybuchy złości - bo tylko o nadmiarze tu mówimy - mogą też służyć nam niszczeniu miłości. Jeśli jesteśmy w związku i co chwila eksplodujemy jak dynamit z byle powodu, to mamy gwarancję, że prędzej czy później druga strona będzie mieć tego dość i nasz związek może się rozpaść. W takim układzie naprawdę co sił w nogach pędziłbym do specjalisty, by odkryć, co sprawia, że mamy takie tendencje.

 


 

Czy wybuch złości jest lepszy od  tłumienia jej w sobie? 

- Tłumienie złości to świetny sposób, by zapracować na depresję i przeróżne schorzenia somatyczne. Mogą się objawiać dolegliwościami żołądkowymi, chorobami układu wieńcowego, problemami skórnymi. To przypadek tych wszystkich dobrych chłopców lub dziewczynek, którzy mówią “przepraszam”, gdy ktoś w tramwaju nadepnie im na nogę. Takie osoby w dzieciństwie nauczyły się, że lepiej pozwolić na naruszanie własnych granic, niż się zezłościć, bo złość w rodzinie była karana - choćby obojętnością. Inaczej mówiąc, dziecko miało wybór: albo się będziesz złościł i nie otrzymasz naszej miłości, albo będziemy cię kochać, ale tylko jeśli nie będziesz czuć złości. Wtedy dorosły chłopiec czy dziewczynka mają przed sobą naukę złości. Rodzaj korekcyjnego doświadczenia, w którym można pokazać złość i nie zakończy to relacji, np. z terapeutą. Proponuję swoim pacjentom wówczas jakiś rodzaj aktywności fizycznej, związanej z agresją, w gabinecie, ale i poza nim. Może to być tłuczenie kijem w drzewa w lesie, może być trening boksu. Byle nie pływanie, rzutki czy brydż, bo i takie pomysły na realizację agresji miewają pacjenci. Na drugim biegunie są wszyscy ci, których szlag trafia, gdy tylko cokolwiek jest nie po ich myśli. Pada deszcz? Są wściekli. Świeci słońce? Diabli ich biorą. Te osoby muszą nauczyć się obejmować emocje refleksją, zatrzymywać impuls. Bez opamiętania się złoszczą małe dzieci, u nich to jest akceptowalne, nie u dorosłych. Taka umiejętność to inny rodzaj sztuki, która także wymaga treningu. 

 

 

 

"Złość piękności szkodzi". To prawda?

- Nie znam badań na ten temat, kto wie - może osoby, które się nie złoszczą, są piękniejsze? Tylko co nam po tej urodzie? I tak minie. Mam podejrzenie, że to przysłowie jest skierowane do kobiet jako przestroga: “Masz być ładna, bo to ważne dla kobiety i znosić dużo bez pokazywanie emocji, bo tego od ciebie oczekujemy”. Gdybym był kobietą, to słuchanie takich rzeczy by mnie złościło. To, że to powiedzenie ma nad kobietami wciąż swoją władzę, widać często przy pracy z nimi z tematem złości. Wiele pacjentek, gdy jest tuż-tuż przed pokazaniem wściekłości, zaczyna płakać i opada z sił. Płacz jest bowiem dla nich akceptowalny, to mogą pokazać; gniewu - już nie.

 

 

 

Kiedy okazywanie złości staje się chorobą? I czy to jest jednostka chorobowa?

- Mówiąc w skrócie: wszelkie zachowania, które na dłuższą metę są źródłem naszego cierpienia i powodują trudności w naszym codziennym życiu, mogą być traktowane jako jakiegoś rodzaju zaburzenie. W najnowszym DSM-5, czyli klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego istnieje jednostka o nazwie “Zaburzenie eksplozywne przerywane”, można więc sprawdzić kryteria, ale byłbym ostrożny z autodiagnozą, lepiej sprawdzić to u specjalisty. Poza tym medycyna ma historycznie sporo za uszami, jeśli chodzi o diagnozowanie złości. Histeria przecież była jednostką chorobową, którą jakoś próbowano wyjaśnić kobiecą złość. Specyficzne, że leczeniem miało być małżeństwo, albo męskie nasienie. Sam Freud uważał, że histeria to reakcja na “utratę penisa”. Jeszcze w latach 60. zeszłego stulecia uważano zaś, że czarna społeczność w USA masowo protestująca przeciwko rasizmowi, to zbiorowy objaw “psychozy protestacyjnej”, na którą rzekomo mieli zapadać częściej czarnoskórzy mężczyźni i kobiety. Taką jednostkę chorobową wymyślili amerykańscy psychiatrzy, bo diagnoza może być narzędziem władzy (straszono nią białych czytelników i odciągano od sedna sprawy)i pozwalała solidnie zarabiać producentom leków. Jeśli więc pyta mnie pan, czy i kiedy iść do psychoterapeuty z tematem złości, to odpowiedź brzmi: czy ta złość przeszkadza nam w funkcjonowaniu, czy cierpi na tym nasza praca, nasz związek, nasze przyjaźnie? Jeśli nie - może cierpimy jedynie na jednostkę chorobową zwaną życiem?

 


Czy "kontrolowana" złość jest zdrowa dla naszej psychiki?

- Złość może nas prowadzić do destrukcji, może też prowadzić do bliskości. Jeśli w trakcie złoszczenia się puszczamy tak kompletnie lejce, że po fakcie nie pamiętamy nawet, co mówiliśmy, istnieje obawa, że to ten pierwszy rodzaj. Ktoś, kto się złości w “zdrowy” sposób, potrafi powstrzymać swoje impulsy, wie dobrze, co robi i gdzie jest. Na takiej złości można wyhodować piękne kwiaty. Jeśli jednak nie mamy żadnych bezpieczników, to oznaka, że coś innego ma nas we władaniu, a my jesteśmy tylko wykonawcami tej woli. Nie mówię tu o ciemnych siłach, może chodzić o realizację naszych podświadomych pragnień lub naszego rodzinnego schematu. To wszystkie te sytuacje, kiedy kobieta wścieka się na facetów, bo niesie wojenną traumę jej babek lub mężczyzna wyładowuje się na partnerce w akcie zemsty za odrzuconego przez kochankę dziadka. 

 

 

 

Co pan sądzi o tabletkach na uspokojenie?
- Że nie są ani dobre, ani złe, a już na pewno nie są obojętne. Wierzę, że na farmakoterapię jest miejsce w najcięższych przypadkach, z kolei w najlżejszych nie mają sensu, bo te same efekty można osiągnąć bez substancji chemicznych. Tyle, że przemysł farmaceutyczny nie śpi, czuwa i szuka możliwości zbytu produktów. Stąd te wszystkie reklamy, gdy zestresowany pracą facet sięga po pigułki, zamiast zastanowić się czy nie lepiej zmienić pracy lub przegadać z kimś problemu. Wierzę też przede wszystkim, że w każdym przypadku warto wziąć złość pod mikroskop, by dowiedzieć się, co tak naprawdę oznacza, jaką ma funkcję, co pod nią się kryje. Odpowiedź może być zaskakująca i być pierwszym krokiem do lepszego życia.

 

 

 

Paweł Franczak, rocznik 1980, psychoterapeuta i filozof. Studiował w Instytucie Psychoterapii Integratywnej, szkoli się w Polskim Stowarzyszeniu Analizy Bioenergetycznej. Pracuje w nurcie psychoterapii MetaSystemowej. Mieszka i pracuje w Warszawie, pochodzi ze wsi Olbięcin na Lubelszczyźnie

 

Tagi:

psychologia,  złość,  emocje, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz