Zbyszek pieniądze miał zawsze. Od dziecka. Ojciec miał w PRL-u duży zakład. Produkował plastikowe wyroby AGD: sitka, większe durszlaki, uchwyty do szklanek itd. Dorobił się fortuny. Zresztą był monopolistą na lokalnym rynku. Żadnej konkurencji.
Nic dziwnego, że syn odziedziczył po nim smykałkę do interesów. Pierwsze większe pieniądze Zbyszek zarobił na na handlu. Razem z przyjacielem jeździli do Turcji, gdzie kupowali hurtem dżinsy, swetry, dresy. To sprzedawali potem we Lwowie. Stamtąd znów jechali do Turcji. 
- Wtedy były złote czasy dla handlu – mówi. - Wszystko szło. Przed komuniami jeździliśmy np. do Wiednia, skąd ściągaliśmy duże ilości prezentów komunijnych. Sprzedawały się na pniu.
Nie zajmowali się detalem. Interesował ich tylko hurt. Szybki obrót, duży zysk. Na początku lat 90. wynajęli dwa lokale w centrum. Od państwowej firmy. Wyposażenie kupili we Włoszech. 
- To były jedne z najbardziej eleganckich sklepów w mieście – mówi Zbyszek. - Zatrudniliśmy nawet portiera, który otwierał klientom drzwi i witał w przejściu.
A tyhch nie brakowało. W dobrym tonie było pokazanie się w ich sklepie, zwłaszcza, że niektóre ceny zwalały z nóg. Obydwaj ze Sławkiem, tym z którym zaczynał biznes na tureckich dżinsach, żyli wówczas z dala od trosk przeciętnego Kowalskiego.
- Kupiłem wkrótce duży dom do wykończenia – niedaleko Warszawy – opowiada Zbyszek. - Materiały wykończeniowe zamawiałem w Hiszpanii i Włoszech. Na zamówienie.
Z Agatą byli razem już na studiach. Na ostatnim roku pobrali się. Nie mieli dzieci. Agata nie mogła zajść w ciążę.
- Spełniałem wszystkie jej zachcianki – mówi. - Weekend w Paryżu czy SPA w Karlovych Varach nie były problemem.
Rozszerzyli działalność o hurt. Interes się kręcił. 
- Praktycznie w każdy weekend ktoś nas zapraszał na imprezę, albo spotykaliśmy się w kilkanaście osób u nas. Mieliśmy mnóstwo znajomych. Imponowało mi, że spotykałem się z profesorami, znanymi lekarzami, artystami. To była elita, a my do niej należeliśmy. Agata wciąż pracowała, nie chciała zrezygnować z pracy na uczelni. Pamiętam, że pewnego dnia powiedziała, że w życiu może być zawsze jakaś alternatywa.
- A co będzie jak kiedyś zachorujesz albo biznes padnie? - spytała.
Roześmiał się. Agata nawet nie przypuszczała, jaki prezent przygotował jej na jej 40. urodziny, które miały być za kilka dni. Na pewno spodoba się jej kabriolet pachnący nowością i do tego przepasany dużą czerwoną wstęgą…
Przez kolejne lata firma rozrosła się. Zajęli się też eksportem na dużą skalę. Głównie na wschód.
- To był głównie pomysł Sławka. Miał tam wielu znajomych, jeszcze z czasów ZSRR. Robił z nimi kiedyś interesy. Chciał się wciąż rozwijać w biznesie. Ciągle mu było mało.
Zbyszek był bardziej ostrożny. 
- Z tych dwóch sklepów mieliśmy naprawdę kokosy – mówi. - Nie chciałem ryzykować, a o handlu z Rosjanami czy Ukraińcami krążyły legendy. Wszędzie gangi, mafia, łapówki. Bałem się.
Rynek odzieżowy w pewnym momencie zachwiał się. Przybywało wciąż nowych sklepów, zaczęły pojawiać się „sieciówki”, a do tego mnóstwo taniego towaru z Chin.  
- Obroty zaczęły powoli spadać – mówi Zbyszek. - Zaczęły się problemy z płatnościami. Czynsz poszedł w górę, ale najgorsze dopiero miało nadejść.
Jeden  z ich największych odbiorców splajtował. Z dnia na dzień okazało się, że są niewypłacalni. Im też ktoś nie zapłacił. Straciliśmy kilkaset tysięcy dolarów. Nie do odzyskania. Łapę położył na nich fiskus i firmy państwowe.
To nie był koniec kłopotów. Zachowali wprawdzie płynność. Mieli zresztą spore oszczędności. Do czasu. Zbyszek zauważył, że jego wspólnik – po tej finansowej wpadce – zmienił się. 
- Stał się jakiś nerwowy, wieczorami zdarzało się, że nie odbiera telefonów ode mnie. Kiedyś to było nie pomyślenia. Znałem go tyle lat, że od razu domyśliłem się, że coś jest nie tak.
W firmie mieli od lat podział obowiązków: finansami zajmował się Sławek, a Zbyszek logistyką, marketingiem; to on podpisywał kontrakty, znał biegle trzy języki, stąd też prowadził wszelkie rozmowy biznesowe.
- Co miesiąc wypłacaliśmy sobie pensję, raz na jakiś czas duże premie – mówi Zbyszek. - Sławek zawsze mi tłumaczył, jak stoimy finansowo, ale nie przykładałem do tego aż tak dużej wagi. Ważne, że stać mnie było na wiele, nie musiałem z Agatą sprawdzać wcześniej w restauracji cen w menu. Na koncie cały czas była pokaźna kwota.
Obydwaj mieli nieograniczony dostęp do konta. Ufali sobie bezgranicznie. Mieli też solidnego księgowego. To głównie Sławek z nim ustalał finansowe szczegóły.
I to on pewnego razu zadzwonił o siódmej rano do Zbyszka. 
- Niech pan przyjdzie do mnie do biura – powiedział krótko.
Po kilkudziesięciu minutach dotarło do niego, że wspólnik go okradł. Konta służbowe były wyczyszczone. 
- To był najgorszy okres w moim życiu – mówi Zbyszek. - Gdyby nie Agata, to nie wiem, czy bym się nie powiesił. To ona próbowała to wszystko ogarnąć. Znalazła wiele niezapłaconych faktur, o których nawet księgowy nie wiedział.
Pensje i czynsz zapłacił ze swoich pieniędzy. Do wspólnika już nie dzwonił. Telefon miał wyłączony. Zapadł się jak kamień w wodę.
Kolejne miesiące były jeszcze gorsze. Zaczęły się telefony wierzycieli. 
- Okazało się także, że Sławek miesiąc wcześniej sprzedał swój apartament – dodaje Zbyszek. - Był kawalerem.
Przybywało roszczeń. Nie mieli już na ZUS. Sprzedali dom. Wystarczyło na pokrycie niektórych zobowiązań. Samochody zabrał komornik. Praktycznie żadnych oszczędności. 
- Do dzisiaj śnią mi się odsetki karne – mówi. - Jakieś horrendalne kwoty. Pamiętam, że część zobowiązań wykupiła firma windykacyjna. Z niezapłaconej faktury na 3500 zł, łącznie z karami, odsetkami uzbierało się 17 tys. zł. Nie mieliśmy szans, żeby uratować firmę.
Dzisiaj mają dwa pokoje w kamienicy po dziadkach Agaty. 
- Nie pomógł panu ojciec?
- Po 1989 r. poparł w duże tarapaty. Wykończyła go konkurencja i kredyty. Wziął je w najgorszym momencie, kiedy skoczyły z kilkunastu do kilkudziesięciu procent. Musiał wszystko sprzedać. Zmarł ze zgryzoty. Powiedział któregoś dnia do mamy, że nie ma po co żyć, położył się i już nie wstał. Miał zator.
Zbyszkowi i Agacie pomogli jej rodzice. 
- W najgorszych snach nie przypuszczałem, że będę skazany na pomoc teściów-emerytów – mówi Zbyszek. - Do końca będę pamiętać ten dzień, kiedy zapłaciliśmy jakąś fakturę i okazało się, że to już koniec. Nie mamy więcej pieniędzy.
 Razem uzbierali 93 złote. Kupili pizzę i butelkę wina. Mama była wtedy w sanatorium, poszli do jej mieszkania. 
- Wtedy uświadomiłem sobie, że jestem po prostu biedakiem – mówi 46-letni dziś były biznesmen. - Powiedziałem to żonie. Odparła, że jakoś to będzie i że mamy siebie. Za to ją kocham.
Wiele wierzytelności Zbyszka już się przedawniło. Agata wciąż pracuje, awansowała. A Zbyszek znalazł pracę u kolegi. Jest kierowcą. Jeździ małą ciężarówką po Europie. Dwa tygodnie w trasie, dwa w domu. Zarabia całkiem przyzwoicie. 
- Nie jeździmy już na weekendy do Paryża, a Agatka jeździ do pracy 16-letnim fiatem – mówi. - Ale mamy siebie. Przetrwaliśmy najgorsze. Uprzedzę pana pytanie – szybko przyzwyczailiśmy się do innego standardu życia. Wiem, że nie stać nas na wiele rzeczy, które kiedyś były zupełnie naturalne. I pogodziliśmy się z tym. Było minęło. Zamiast Francji jest Zalew Zegrzyński. Przecież miliony ludzi żyją od pierwszego do pierwszego. O tamtych latach staram się nie myśleć. Czasu nie cofnę. Cieszymy się po prostu z tego, co mamy.   
- A co ze wspólnikiem?
- Po roku od jego zniknięcia, okazało się, że wyjechał wtedy do USA. Tam podobno założył jakiś biznes na Florydzie. Dwa lata temu dowiedziałem się, że zmarł nagle na zawał na plaży. 
     
 
  
  
  
 
  
 

Tagi:

biznes,  plajta, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz
// }) // }) // }) // }) // }) // })