Tadeusz ma 47 lata. Z Edytą są małżeństwem od 19 lat. Dwójka dzieci – starsza córka już studiuje, młodsza niedługa będzie zdawać maturę. Mieszkają w dużym mieście. Niedawno przeprowadzili się do nowego, dużego apartamentowca. Kupili go częściowo na kredyt. Resztę dołożyli ze sprzedaży poprzedniego mieszkania.

- Nie chciałem brać tego kredytu, ale Edyta się uparła. – tłumaczy Tadeusz. – A jeszcze jak córki się w to włączyły, to nie było wyjścia.

Tadeusz pracuje w dużej firmie produkcyjnej na stanowisku kierownika. To była jego pierwsza praca po studiach. I pewnie będzie w niej pracować do emerytury. Zarabia przyzwoicie. Tak przynajmniej uważa. Edyta jednak ma inne zdanie.

 

- Zaraz po ślubie – przed długi czas – nie rozmawialiśmy zbyt często o pieniądzach. – zwierza się 47-latek.

 

– Mieliśmy mieszkanie po rodzicach Edyty. Oni wyjechali do Kanady. Start mieliśmy dobry, nie musieliśmy ciułać na swoje pierwsze cztery kąty.

Edyta zaczęła pracować w bibliotece. Zarabiała niewiele, ale jakoś sobie radzili. Kupili samochód, powoli się dorabiali.

Kłopoty zaczęły się wraz z urodzinami pierwszej, potem drugiej córki.

- Nie było tak, że nam brakowało do pierwszego, ale ciężko było coś odłożyć – wspomina Tadeusz. – Edyta była na macierzyńskim, ja brałem nadgodziny. Dostałem jedną podwyżkę, potem drugą.

Razem z Edytą mieli wielu znajomych. Głównie z dzieciństwa, wielu też ze szkoły średniej. Odwiedzali się nawzajem, sporo imprezowali.

- Edyta coraz częściej - fakt, że robiła to delikatnie, wypominała mi, że większość moich kolegów zajmuje wysokie stanowiska i stać ich na nowe, dobre samochody, budują okazałe domy i często wyjeżdżają wypoczywać za granicę. – mówi 47-latek. – Nie było to zbyt przyjemne dla mnie. Fakt, że rzeczywiście super im się powodziło, ale w życiu tak bywa. Nie moja wina, że moich dwóch najbliższych kolegów miało wysoko postawionych i zamożnych rodziców. Jeden od razu po studiach poszedł do kancelarii adwokackiej swojego ojca, a Adam – mój świadek ze ślubu – przejął po ojcu dobrze prosperującą hurtownię.

 

Edyta miała coraz większe wymagania

 

I pojawiły się kłótnie o pieniądze. Zaczęło się od robota kuchennego, którym pochwaliła się jej koleżanka. Wspaniały, sam wszystko robił, ważył, mieszał, gotował na parze, do tego mówił. Ale cena zwalała z nóg – prawie 6 tysięcy. Edyta się uparła, żeby wziąć go na raty. To raptem jakieś 250 zł miesięcznie.

- Tłumaczyłem, że spłacamy jeszcze samochód. – mówi Tadeusz. – Nie mówiąc już o kredycie hipotecznym, zwłaszcza, że coraz głośniej mówiło się o rosnącej inflacji. Po raz pierwszy usłyszałem od żony – właśnie wtedy – że po tylu latach wspólnego życia, nie stać ich na „kawałek porządnego garnka”. Tak się wyraziła. Od słowa do słowa pokłóciliśmy i to porządnie.

Ale i tak kupiła go na raty. Stwierdziła, że nie będzie sobie żałować na stare lata. Nie interesowało ją, skąd wezmą na to pieniądze.

- Jedna trzecia mojej pensji szła na kredyty – mówi Tadeusz. – Edyta miała swoje pieniądze. Coś tam czasami kupiła do domu, ale głównie za wszystko płaciłem ja.

 

Do kolejnej awantury o pieniądze doszło w sklepie

 

 Tym razem to młodsza córka wyraziła się pogardliwie o niezbyt zasobnym portfelu ojca.

- Poszliśmy z Edytą i córką do marketu przez rozpoczęciem roku szkolnego – mówi Tadeusz. – To było zaraz po mojej wypłacie. Zauważyłem, że młodsza córka zupełnie nie patrzy na ceny. Wkładała do wózka „jak leci”. Kiedy zwróciłem jej uwagę, że niewielkie opakowanie syropu klonowego za prawie 20 zł nie jest najlepszym wyborem, bo obok stoi większy w tej samej cenie – tylko w innym opakowaniu, to z przekąsem spytała czy „nie stać cię już na porządny syrop?”. Myślałem, że mnie szlag trafi, zwłaszcza że chwilę wcześniej wzięła do wózka markowy długopis, który też kosztował jakieś duże pieniądze. Myślałem, że Edyta zareaguje, ale ona tylko podgrzała atmosferę. „Zostaw córuś, kupimy jak tata zacznie zarabiać kiedyś normalne pieniądze”.

Po tej kolejnej kłótni było tylko coraz gorzej. Żona niemal codziennie dogryzała Tadeuszowi.

 

Najgorzej, że obie córki zaczęły jej wtórować

 

Któregoś dnia wieczorem chciał porozmawiać spokojnie z żoną, że jego możliwości finansowe są na wyczerpaniu.

- I tak brałem nadgodziny – mówi. – Harowałem jak wół. Nie w każdej firmie są jednak nieograniczone możliwości na dodatkowy dochód. W mojej nie było. Kiedyś spytałem szefa, czy nie mógłbym co drugi weekend jeździć jako kierowca. Wziął to za żart. „Co ty Tadziu, na porsche zbierasz? – usłyszałem. – I tak siedzisz tu od rana do wieczora.”

Powiedział o tym żonie. Uśmiechnęła się tylko z przekąsem. „Zmień pracę – powiedziała. – Dzieci rosną, niedługo pójdą na studia, nie chcesz chyba, żeby biedowały”. Kiedy powiedziałem, że dziewczyny mogłyby chociaż w wakacje – tak jak wiele innych – dorobić sobie, to mnie wyśmiała.

 

Niedługo potem Tadeusz zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem

 

 Jak mu ciśnienie w pracy skoczyło do 200 na 130 – wylądował na sorze. Lekarz kazał mu się oszczędzać i przepisał leki na nadciśnienie. I skierowanie na różne badania. W tym USG jamy brzusznej.

- Okazało się, że na prześwietlenie trzeba czekać prawie miesiąc – mówi Tadeusz. – A czułem się kiepsko. Chciałem zarejestrować się na prywatną wizytę. Kiedy powiedziałem o tym Edycie, to usłyszałem, że w d… mi się przewraca. I żebym nie zgrywał milionera. Na koniec jeszcze dodała, że starsza córka idzie na imprezę i potrzebuje pieniędzy na taksówkę. Myślałem, że mnie coś trafi.

 

Nie wytrzymał. Coś w nim wreszcie pękło

 

- Po raz pierwszy chyba w życiu wydarłem się i na żonę i na córki – mówi. – Ile można wysłuchiwać? Wygarnąłem im, że sobie żyły wypruwam, żeby miały co jeść, a one tego nie doceniają. Wyrzuciłem z siebie wszystkie żale. W końcu trzasnąłem drzwiami i wyszedłem z domu, żeby ochłonąć.

Od tego czasu minął prawie rok.  

- To USG zrobiłem jednak prywatnie – mówi Tadeusz. – Na szczęście wszystko jest w porządku. Po tej kłótni Edyta odpuściła. Mieliśmy „ciche dni”. Chodziła naburmuszona, dziewczyny też mnie olewały.  Wciąż płacę to, co tej pory płaciłem. Ona też. Nie biorę już żadnych nadgodzin. Nie szukam dodatkowego zajęcia, żeby dorobić. Dosyć. W weekendy często jeżdżę na ryby. Jeśli Edyta chce jakiś pieniędzy – daję tyle, na ile w danej chwili mnie stać. Jeśli nie mam – mówię o tym. Wcześniej miałem skrupuły. Doszedłem do wniosku, że w moim wieku nie muszę już niczego udowadniać. Kto się miał dorobić – to już to dawno zrobił. Najważniejsze, że stać nas – bo przecież Edyta też zarabia i się dokłada do życia – na mieszkanie w nowym apartamentowcu, że nie mamy zaległości ani w ratach kredytu, ani nie mamy poślizgów z bieżącymi rachunkami. A najważniejsze, że ja też przestałem już zadręczać się tym, czy stać mnie na jakiś „garnek za 6 tysięcy” czy nie. I przez to jestem spokojniejszy. Jutro znów jadę na rybki.   

 

Tagi:

małżeństwo,  pieniądze, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz
// }) // }) // }) // }) // }) // }) // })