Jurek z Alą skończą w przyszłym roku 63 lata. Ala już jest na emeryturze. Swoje przepracowała. Była nauczycielką języka polskiego w miejscowym liceum. Pochodzą z niewielkiego miasteczka na Dolnym Śląsku. Tu się wychowali, chodzili razem do jednej szkoły. Mieszkali na jednym osiedlu. Po liceum obydwoje wyjechali na studia do Wrocławia. Już jako para.

- W liceum mieliśmy swoją paczkę - mówi Jurek. - Wspólne imprezy, wycieczki, razem się uczyliśmy. Z Alą na początku traktowaliśmy się jak dobrzy kumple, ale potem było to już coś więcej. Kiedyś pojechaliśmy pociągiem na jednodniowy wypad. Całą paczką. Jak wracaliśmy, było już ciemno. Szliśmy przez jakieś pola na dworzec i Ala nagle wzięła mnie za rękę. Do dzisiaj się śmiejemy, że tej ręki wciąż nie puszczam.

Na studiach mieszkali w akademiku. Na trzecim roku wynajęli już wspólnie pokój u starszego, emerytowanego bibliotekarza. Był dla nich jak ojciec. Żona zmarła mu kilka lat wcześniej. Lubił pichcić w kuchni. Czasami robił im niespodziankę i jak wracali z zajęć wieczorem, to częstował ich własnoręcznie upieczonym sernikiem czy tartą z pieczarkami.

Ślub wzięli tuż po studiach. Nie zostali we Wrocławiu. Tęsknili za swoim miasteczkiem. Ala zaczęła pracę w "ich" liceum. Jurek - w jedynej w mieście fabryce. Jako inżynier odpowiadał za to, żeby wszystkie maszyny w zakładzie pracowały jak należy.

 


- To był schyłek komuny - mówi Jurek. - A my, jak na tamte lata mieliśmy wymarzony start

 


Moi rodzice założyli mi kiedyś książeczkę mieszkaniową i zaraz po ślubie mieliśmy swoje wymarzone 54 metry kwadratowe w bloku. Wszyscy znajomi nam zazdrościli. Jacy byliśmy wtedy szczęśliwi! Mało kto z naszej dawnej paczki miał swoje mieszkanie. Albo się wtedy wynajmowało pokój czy piętro w domku jednorodzinnym albo mieszkało się kątem u teściów czy rodziców.

Byli od samego początku zgodnym, pogodnym małżeństwem. Wkrótce urodził się Grześ. Dwa lata po nim - Kasia. Nigdy nie mieli z nimi problemów. Grzeczne, ułożone i nie rozpieszczone rodzeństwo.

- To zasługa przede wszystkim Ali - podkreśla Jurek. - Fakt, że u nas w domu nigdy nie było kłótni, krzyków czy awantur, ale Ala zawsze dzieciom wszystko spokojnie tłumaczyła, pokazywała. Nigdy się nie denerwowała, nie złościła, choćby nie wiem jak nabroili. To potem procentowało. Zawsze im powtarzaliśmy, że trzeba pomagać innym, nie oceniać, nie osądzać powierzchownie. Nauczyliśmy je wrażliwości. I potem co jakiś czas pojawiał się w mieszkaniu a to bezdomny kotek, a to piesek. Jak już dorośli, to ciągle też organizowali jakieś akcje charytatywne, zbiórki na różne formy pomocy. Tak mają do dziś, cały czas się w coś angażują.

Ich paczka ze szkoły wciąż trzymała się razem. Kilka osób wyjechało z miasto. Większość jednak została.

 


I niektórzy robili kariery. Tak jak Zbyszek

 


- On już w liceum miał smykałkę do interesów - mówi Jurek. - Już wtedy jeździł do Wiednia, przemycał papierosy i kupował tam elektronikę. Sprzedawał potem to na bazarach z dużym zyskiem. Zarabiał na tym naprawdę duże pieniądze. Wprawdzie maturę zdał ledwo, ledwo, ale na studia się dostał. I na pierwszym roku zrobił furorę, bo jeździł na zajęcia już swoim samochodem. I to lepszym od dziekana, bo miał volkswagena golfa, a dziekan fiata.

Pozostałym znajomym też się dobrze powodziło. Krzysiek skończył medycynę, po latach został znanym i cenionym chirurgiem, z czasem awansował na ordynatora. Mieszkał pod Wrocławiem w dużej, poniemieckiej, pieczołowicie odrestaurowanej willi. Ożenił się z Joasią. To trzecie po Jurku i Ali szkolne małżeństwo. Bo jeszcze był Karol z Marzeną. Oni jednak po ślubie wyjechali do Niemiec. On był cenionym architektem, a Marzena pracowała w szpitalu.

- Wszyscy spotykaliśmy się co najmniej raz w roku, za każdym razem u kogoś innego - mówi Jurek. - W mniejszym gronie - dużo częściej, ale nawet bez okazji mieliśmy kontakt telefoniczny.

 


Mieli o czym rozmawiać. Tematów nie brakowało. Z czasem jednak przeważał jeden, główny - kasa, pieniądze, kariera

 


Wspomnień było coraz mniej. Chyba, że już alkoholu było naprawdę dużo. To wtedy komuś się zbierało na sentymentalny powrót do szkolnych lat.

- Te nasze wspólne spotkania zmieniły się jednak z czasem - przyznaje Jurek. - Zaczęło się też politykowanie, spory na tym tle, ktoś zawsze zanudzał opowieściami, jaki ma nowy, wypasiony samochód, jak było wspaniale na Malediwach i że nigdzie indziej nie smakują ostrygi tak jak w Nicei. Już nie było rozmów o dzieciach, książkach czy teatrze. A przecież jeszcze nie tak dawno razem chodziliśmy wszyscy na spektakle i zajmowaliśmy czasami prawie pół rzędu miejsc.

W ubiegłym roku spotkali się u Zbyszka. Poznali jego nową partnerkę. Poprzednia odeszła, kiedy przyłapała go w łóżku z inną. Nie po raz pierwszy zresztą. Nigdy nie był wierny. To była tajemnica poliszynela.

 


W tym roku spotkanie odbyło się w mieszkaniu Jurka i Ali. Tym samym, w którym zamieszkali tuż po ślubie

 


- Teraz, kiedy dzieci już są na swoim, w zupełności nam wystarcza - mówi Jurek. - Przyzwyczailiśmy się do niego.

Przyzwyczaili się też do ciągłych pytań przyjaciół, dlaczego nie przeprowadzą się do innego, większego, z tarasem, windą.

- I za każdym razem im tłumaczymy, że nie potrzebujemy innego mieszkania - wyjaśnia Jurek. - Tak jak i samochodu. Kiedyś Adam, nasz wspólny kolega-biznesmen zdziwił się, że wciąż jeździmy starą skodą po moim ojcu. On w tym czasie kupił wypasioną brykę za ponad 300 tysięcy i szpanuje nią po mieście. A do biura ma cztery kilometry. To mu powiedziałem, że samochód jest dla mnie jedynie urządzeniem - w tym przypadku do jeżdżenia i mam tym dojechać z jednego punktu do drugiego. I moja osiemnastoletnia skoda warta może jedną, skromną pensję to zadanie spełnia.

I zaczęła się wtedy dyskusja. Z Asią nie rozumieliśmy w ogóle o czym oni mówią. Niektórzy sporo wypili i zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać. Krzysiek, ten chirurg zarzucił nam, że za bardzo ulegamy dzieciom, za dużo im pomagamy, zamiast pomyśleć o sobie. Jesteśmy wszyscy na takiej stopie, że wiemy o sobie prawie wszystko, możemy sobie pozwolić na takie uwagi. Koś dodał, że zamiast wiecznie zajmować się wnukami, to powinniśmy ruszyć gdzieś w świat, przeżyć coś nowego, fajnego. Spojrzeliśmy z Asią na siebie z niedowierzaniem. W końcu żona stwierdziła, że dla nas bycie z wnukami to najpiękniejsze chwile w życiu. Patrzeć jak się rozwijają, rosną, a jak jeszcze usłyszymy "kocham was", to nie ma nic fajniejszego. A wyjazdy? Co roku wsiadamy w samochód, bierzemy namiot na wszelki wypadek, rowery i ruszamy gdzieś w Polskę. W nieznane. Codziennie gdzie indziej. Raz wynajmujemy pokój czy apartament, a jak mamy ochotę, to rozbijamy namiot na kempingu lub gdzieś na dziko. Rozpalamy ognisko, pijemy grzańca, jemy kiełbaski albo pieczone ziemniaki. Tak jak przed laty. Słuchali nas z niedowierzaniem. Zbyszek kręcił głową z niedowierzaniem, że chodzenie boso po łące o świcie, kiedy rosa daje znać o sobie, jest dla nas bardziej atrakcyjne niż wyjazd all inclusive do egzotycznego kraju, gdzie dla niego jedyną rozrywką jest alkohol i basen. Nie przyznaliśmy się, że nie mamy też prawie żadnych oszczędności. Wydajemy na bieżąco. Założyliśmy wnukom polisę, przynajmniej raz w miesiącu jedziemy na jakiś spektakl w Polsce - z noclegiem oczywiście. Wydajemy też mnóstwo pieniędzy na książki. Nie mamy telewizora, czasami obejrzymy coś na laptopie. Wolimy kino. A w weekendy wciąż kupujemy gazety. Takie z nas dziwolągi. Nawet na spacerze trzymamy się zawsze za ręce. Jak wtedy w liceum.

 

 

 

 


 

Tagi:

rodzina,  miłość, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz